Pasja nie wystarczy. O pszczołach, pieniądzach i przyszłości pasiek w Polsce. Rozmowa z Lidią Moroń-Morawską
Pszczelarstwo bez lukru. O pasji, ekologii, pieniądzach i innowacjach rozmawiam z Lidią Moroń-Morawską.
Pszczoły kojarzą się z naturą, spokojem i słoikiem dobrego miodu. Za tym obrazem kryje się jednak wymagająca praca, ryzyko, konieczność ciągłego zdobywania wiedzy i - w przypadku zawodowej pasieki - bezwzględna ekonomia. Lidia Moroń-Morawska wie o tym doskonale. Wspólnie z mężem prowadzi gospodarstwo pszczelarskie, łącząc produkcję konwencjonalną i ekologiczną. Przez lata pracy przekonała się, że w pszczelarstwie nie ma miejsca na rutynę, a natura bardzo szybko potrafi zweryfikować nawet najlepiej przygotowany plan.
W 2024 roku została laureatką ogólnopolskiego konkursu „Rolniczki motorem innowacji w gospodarstwach rolnych w Polsce”, a później reprezentowała Polskę w europejskim konkursie COPA-COGECA Innovation Award for Women Farmers, docierając do finałowej piątki. Dziś o innowacji mówi jednak przede wszystkim jako o odpowiedzi na konkretny problem - nie jako o technologii dla samej technologii.
W rozmowie opowiada o tym, dlaczego razem z mężem zamienili etaty na pszczelarstwo, z jakimi wyzwaniami mierzy się ekologiczna pasieka, dlaczego warroza pozostaje jednym z największych problemów pszczelarstwa i co zmiany klimatu oznaczają dla codziennej pracy pszczelarza. Mówi też o rynku miodu, edukacji konsumentów, ekonomii gospodarstwa oraz o tym, dlaczego przyszłość pszczelarstwa może zależeć nie od produkowania większej ilości miodu, ale od znalezienia dla niego nowych zastosowań.
Bo współczesna pasieka to już nie tylko ule i miód. To wiedza, biznes, technologia, natura - i nieustanna potrzeba szukania lepszych rozwiązań.
Joanna Baran: Skąd wziął się pomysł, żeby porzucić pracę etatową i zająć się pszczołami zawodowo?
Lidia Moroń-Morawska: Mateusz założył pasiekę w 1997 roku. Od początku podszedł do pszczelarstwa bardzo poważnie - dużo czytał, właściwie każdą książkę pszczelarską, do której udało mu się dotrzeć, zdobywał wiedzę i doświadczenie. W wieku 18 lat zdał już egzamin mistrzowski w zawodzie pszczelarza. Kiedy więc ja dołączyłam do pasieki w 2007 roku, nie zaczynałam tej drogi wspólnie z osobą początkującą, ale z kimś, kto mimo młodego wieku miał już ogromną wiedzę i doświadczenie.
Przez kilka kolejnych lat rozwijaliśmy pasiekę równolegle z naszą pracą zawodową. Ja jestem z wykształcenia pielęgniarką i pracowałam jako pielęgniarka anestezjologiczna na bloku operacyjnym. Nie podjęliśmy więc decyzji w stylu: „rzucamy wszystko i zobaczymy, czy uda nam się żyć z pszczół". Od lat bardzo dokładnie liczyliśmy koszty i przychody gospodarstwa i wiedzieliśmy, że ekonomicznie jesteśmy w stanie się z niego utrzymać.
Ostateczny impuls był jednak związany ze zdrowiem. W 2013 roku poważnie zachorowałam i wtedy wspólnie stwierdziliśmy, że chcemy inaczej poukładać nasze życie. Chcieliśmy pracować razem i po prostu spędzać ze sobą więcej czasu, nawet jeżeli oznaczałoby to nieco niższe dochody niż te, które moglibyśmy osiągać, pozostając na etatach.
Z perspektywy czasu widzę, że była to jedna z ważniejszych decyzji w naszym życiu. Pasieka jest naszym zawodem, ale też stylem życia, który świadomie wybraliśmy.

Joanna Baran: Kiedy pojawiła się pewność, że pasieka może być sposobem na życie, a nie tylko pasją?
Lidia Moroń-Morawska: U nas nie było jednego przełomowego momentu, w którym nagle uznaliśmy, że od jutra będziemy zawodowymi pszczelarzami. To był proces trwający kilka lat.
Bardzo dokładnie analizowaliśmy gospodarstwo od strony ekonomicznej. Liczyliśmy koszty, przychody, inwestycje i wiedzieliśmy, ile rodzin musimy prowadzić oraz ile miodu sprzedać, żeby pasieka mogła zapewnić nam utrzymanie. Dlatego zanim w 2013 roku zdecydowaliśmy się całkowicie związać z gospodarstwem, wiedzieliśmy już, że finansowo jest to możliwe.
Dla mnie to ważne rozróżnienie, bo pasja i zawód to jednak dwie różne rzeczy. Można kochać pszczoły, ale zawodowa pasieka musi być rentowna. Z niej opłacamy rachunki, inwestycje i codzienne życie. Miłość do pszczół jest ogromnym atutem, ale nie może zastępować rachunku ekonomicznego.
Joanna Baran: Co było najtrudniejsze na początku prowadzenia własnego gospodarstwa pszczelarskiego?
Lidia Moroń-Morawska: Trudno mi wskazać jedną rzecz, bo nasze przejście na zawodowe pszczelarstwo było procesem, a nie spontaniczną decyzją. Przez wiele lat, jeszcze pracując zawodowo, bardzo dokładnie liczyliśmy koszty i przychody pasieki. Wiedzieliśmy więc, na co się decydujemy.
Oboje z mężem skończyliśmy po kilka kierunków studiów i nigdy nie traktowaliśmy ewentualnego przebranżowienia jako życiowej katastrofy. To daje pewien komfort psychiczny. Jeżeli któregoś dnia dojdziemy do wniosku, że z pszczelarstwa nie da się już godnie utrzymać, będziemy potrafili zrobić coś innego.
Dlatego zawsze powtarzamy, że pasieka musi być rentowna. Nie oczekujemy od niej ponadprzeciętnych dochodów. Jesteśmy nawet gotowi zarabiać trochę mniej niż moglibyśmy w innych zawodach, bo bardzo odpowiada nam ten styl życia i dobrze czujemy się „na swoim". Ale istnieje granica, poniżej której gospodarstwo po prostu przestaje mieć ekonomiczny sens.
Paradoksalnie powiedziałabym więc, że najtrudniejsze nie były początki. Najtrudniej jest właśnie teraz.
W Polsce mamy dziś bardzo wielu pszczelarzy w porównaniu z sytuacją sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat. Duża część z nich prowadzi pasieki hobbystycznie i nie musi liczyć rentowności swojej pracy i oczywiście ma do tego pełne prawo. Dla gospodarstwa zawodowego sytuacja wygląda jednak inaczej, bo ze sprzedaży miodu trzeba się utrzymać.
Nigdy wcześniej w czasie naszej działalności nie odczuwaliśmy tak mocno trudności ze sprzedażą miodu jak obecnie. I właśnie rynek, a nie sama umiejętność prowadzenia pszczół, staje się dzisiaj jednym z największych wyzwań zawodowego pszczelarstwa.
Joanna Baran: Czy pamięta Pani moment, w którym pszczelarstwo „przestało być hobby"?
Lidia Moroń-Morawska: Widzę tutaj właściwie dwa momenty.
Do pasieki Mateusza dołączyłam w 2007 roku, ale początkowo przede wszystkim mu pomagałam. W 2009 roku stwierdziłam, że nudno jest być tylko „chłopcem na posyłki" coś przynieść, coś podać, w czymś pomóc. Poprosiłam więc o własny ul, żebym sama mogła prowadzić rodzinę pszczelą i odpowiadać za podejmowane decyzje. Wtedy naprawdę wsiąkłam.
Drugim momentem był 2014 rok, kiedy pasieka stała się naszym podstawowym źródłem utrzymania. Wtedy kończy się komfort hobby. Hobby może finansować się lepiej albo gorzej. Zawodowa pasieka musi zarobić na swoje funkcjonowanie i na rodzinę.
Cieszę się jednak, że mimo zawodowego charakteru tej pracy pszczoły nadal są moją pasją.
Joanna Baran: Czy dziś coś jeszcze potrafi Panią zaskoczyć w pracy z pszczołami?
Lidia Moroń-Morawska: Cały czas. I uważam, że pszczelarz, który twierdzi, że pszczoły już niczym nie mogą go zaskoczyć, powinien chyba jeszcze trochę przy nich popracować. Możemy bardzo dobrze znać biologię rodziny pszczelej, obserwować te same mechanizmy przez wiele sezonów, a później jedna rodzina zachowa się zupełnie inaczej, niż przewidywaliśmy. Rodzina pszczela jest superorganizmem funkcjonującym w środowisku, na które wpływają temperatura, wilgotność, pożytki, zdrowotność, genetyka, wiek matki i dziesiątki innych czynników.
Mnie nadal fascynuje chociażby matka pszczela. W szczycie sezonu może składać około dwóch tysięcy jaj na dobę, a łączna masa składanych przez nią jaj może być porównywalna z masą jej własnego ciała. Nawet po wielu latach pracy wydolność takiego organizmu robi ogromne wrażenie.
Pszczelarstwo bardzo dobrze uczy pokory. Możemy wiedzieć naprawdę dużo, ale natura regularnie przypomina nam, że nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć.
Joanna Baran: Skąd decyzja o założeniu pasieki ekologicznej?
Lidia Moroń-Morawska: Trochę z przekory. Moja mama od wielu lat prowadziła gospodarstwo ekologiczne. Pomyślałam więc: skoro można ekologicznie prowadzić gospodarstwo rolne, dlaczego nie spróbować tego samego z pszczołami?
Na początku potraktowałam to trochę jak wyzwanie. Chciałam sprawdzić, czy da się prowadzić pasiekę zawodowo, a jednocześnie spełniać wymagania produkcji ekologicznej. Szybko okazało się, że jest to znacznie trudniejsze, niż może się wydawać osobie patrzącej z zewnątrz, przede wszystkim ze względu na zdrowotność rodzin i ograniczone możliwości zwalczania warrozy.
Dzisiaj mam za sobą ponad dziesięć lat prowadzenia certyfikowanej pasieki ekologicznej i widzę ogromną wartość wiedzy, którą dzięki temu zdobyłam. Ekologia w pszczelarstwie nie jest dla mnie etykietą na słoiku. To konkretny system produkcji, wymagania, coroczne kontrole i przede wszystkim bardzo świadome prowadzenie rodzin.
Joanna Baran: Jakie są największe różnice w codziennej pracy między pasieką ekologiczną a konwencjonalną?
Lidia Moroń-Morawska: Największą różnicą jest dla mnie sposób dbania o zdrowotność rodzin, przede wszystkim walka z Varroa destructor.
W pasiece ekologicznej wykorzystuję między innymi kwas mrówkowy i kwas szczawiowy, a także tymol czy eukaliptol oraz metody biotechniczne, takie jak ramki pracy czy okresowa izolacja matek.
Przy takim sposobie prowadzenia rodziny ogromnego znaczenia nabiera znajomość biologii zarówno pszczoły, jak i samego pasożyta. Trzeba bardzo dokładnie dobierać moment wykonania zabiegu, uwzględniać obecność czerwiu, temperaturę czy kondycję rodziny. Ważne jest też monitorowanie skuteczności zastosowanego postępowania.
Drugą bardzo dużą różnicą jest lokalizacja pasieki. Muszę znacznie dokładniej analizować bazę pożytkową otaczającą stanowisko i przewidywać, z jakich roślin będą korzystały pszczoły. W praktyce oznacza to także przemieszczanie rodzin ekologicznych w taki sposób, żeby spełnić wymagania certyfikacji.
Do tego dochodzą wymagania dotyczące między innymi wosku i węzy, materiałów używanych w pasiece, żywienia oraz znacznie bardziej rozbudowana dokumentacja.

Autor zdjęcia: Janusz Duszkiewicz
Joanna Baran: Czy rodziny pszczele w systemie ekologicznym rozwijają się inaczej?
Lidia Moroń-Morawska: Z mojego doświadczenia wynika, że tak. W mojej pasiece rodziny ekologiczne rozwijają się nieco wolniej niż rodziny prowadzone konwencjonalnie.
Nie wynika to oczywiście z tego, że sama pszczoła funkcjonuje biologicznie inaczej. Problemem jest przede wszystkim warroza i skuteczność dostępnych metod jej zwalczania. Leczenie w pasiece ekologicznej jest bardziej wymagające i w praktyce nie zawsze pozwala osiągnąć taką samą skuteczność jak metody dostępne w pasiece konwencjonalnej.
Jeżeli rodzina jest bardziej obciążona pasożytem, odbija się to na jej kondycji. Dlatego po zimie rodziny ekologiczne potrzebują u mnie nieco więcej czasu, żeby dojść do pełnej siły.
Po ponad dziesięciu latach prowadzenia pasieki ekologicznej potrafię znacznie lepiej nad tym procesem panować niż na początku, ale różnicę między oboma systemami nadal widzę.
Joanna Baran: Jak wygląda przeżywalność rodzin w obu systemach, jakie stosują Państwo metody walki z Varroa?
Lidia Moroń-Morawska: Kiedy zaczynałam prowadzić pasiekę ekologiczną jedenaście lat temu, było zdecydowanie trudniej niż dzisiaj. Miałam mniejsze doświadczenie, a jednocześnie dostęp do wiedzy na temat ekologicznego zwalczania warrozy był znacznie gorszy. Było mniej materiałów edukacyjnych, mniej praktycznych opracowań i znacznie mniej doświadczeń innych pszczelarzy, z których można było korzystać. W pierwszych latach straty rodzin były więc znaczące.
Dzisiaj, po ponad dziesięciu latach, sytuacja wygląda zdecydowanie lepiej. Mam wypracowane procedury, lepiej potrafię ocenić moment wykonania zabiegu i łączę różne metody, zamiast opierać się na jednym rozwiązaniu. Wykorzystuję kwas mrówkowy i szczawiowy, metody biotechniczne, między innymi ramki pracy i okresową izolację matek, a także monitorowanie poziomu porażenia.
Mimo tego straty rodzin w mojej części ekologicznej nadal są większe niż w konwencjonalnej pasiece mojego męża Mateusza.
Bardzo ciekawym efektem prowadzenia obu systemów równolegle jest natomiast przepływ wiedzy między nimi. To, czego nauczyliśmy się przez lata w ekologii przede wszystkim dokładniejszego obserwowania rodzin, biologii warrozy i wykorzystywania metod biotechnicznych stosujemy również w pasiece konwencjonalnej. Dzięki temu straty rodzin w części konwencjonalnej są u nas naprawdę niewielkie.
Dla mnie jest to jeden z największych atutów prowadzenia pasieki ekologicznej. Nawet jeżeli pewne rozwiązania są bardziej pracochłonne, wiedza zdobyta przy ich stosowaniu poprawia sposób prowadzenia całego gospodarstwa.
Joanna Baran: Czy ekologiczne prowadzenie pasieki oznacza realnie mniejszą wydajność miodu?
Lidia Moroń-Morawska: W naszym gospodarstwie zdecydowanie tak.
Pierwszym powodem jest to, o czym mówiłam wcześniej, rodziny ekologiczne rozwijają się u mnie nieco wolniej, dlatego szczególnie przy wcześniejszych pożytkach nie zawsze osiągają taką samą siłę, jak rodziny konwencjonalne.
Drugim ograniczeniem jest baza pożytkowa. W pasiece ekologicznej mam znacznie mniejszą swobodę wyboru stanowiska. Nie tylko nie korzystamy z rzepaku, ale wręcz musimy go unikać. W okresie jego kwitnienia wywożę rodziny ekologiczne w Beskid Niski, żeby zapewnić im odpowiednią lokalizację. Tymczasem rzepak jest jednym z ważnych towarowych pożytków dla wielu pasiek konwencjonalnych.
Jest jeszcze trzecia rzecz: ostatniego miodu, czyli nawłociowego, w pasiece ekologicznej nie odbieramy. Zostawiamy go rodzinom jako naturalny zapas pokarmu na zimę.
W efekcie z jednej rodziny ekologicznej pozyskujemy mniej miodu handlowego. Jest to więc system wymagający nie tylko większej wiedzy i nakładu pracy, ale też zaakceptowania niższej produkcji.
Joanna Baran: Jakie są największe ograniczenia i wyzwania w pszczelarstwie ekologicznym?
Lidia Moroń-Morawska: Dla mnie numerem jeden pozostaje warroza. Metody wykorzystywane w pasiece ekologicznej mogą być skuteczne, ale wymagają wiedzy, bardzo dobrego planowania i dużej precyzji. Znaczenie ma temperatura, obecność czerwiu, kondycja rodziny, termin wykonania zabiegu i kontrola jego efektów.
Drugim dużym ograniczeniem jest lokalizacja. Pszczole nie możemy powiedzieć, na które pole może polecieć. To pszczelarz musi tak wybrać stanowisko, aby baza pożytkowa w zasięgu lotu rodzin spełniała odpowiednie wymagania. W mojej praktyce szczególnie problematyczny jest rzepak.
Kolejne kwestie to ekologiczny wosk i węza, zasady żywienia, odpowiednie materiały stosowane w pasiece, dokumentacja i coroczne kontrole.
Nie traktuję jednak samej kontroli jako problemu. Współpraca z moją jednostką certyfikującą układa się bardzo dobrze. Największym wyzwaniem pozostaje praktyczne pogodzenie wymagań systemu ekologicznego z biologią pszczół i ekonomią zawodowej pasieki.
Joanna Baran: Czy ule i gospodarka pasieczna różnią się między tymi dwoma modelami?
Lidia Moroń-Morawska: W naszym przypadku różnice dotyczą bardziej sposobu prowadzenia rodzin niż samego podstawowego systemu ula. Zarówno w pasiece ekologicznej, jak i w konwencjonalnej Mateusza używamy uli drewnianych, jednościennych. Pracujemy na ramce Ostrowskiej.
W pasiece konwencjonalnej wykorzystujemy również półramki. To rozwiązanie jest dla nas ważne przede wszystkim ze względów ergonomicznych. Pełny korpus z miodem jest bardzo ciężki, a przy zawodowej pasiece takich korpusów w ciągu sezonu przenosi się ogromną liczbę. Półramka pozwala istotnie zmniejszyć jednorazowe obciążenie kręgosłupa.
Po wielu latach zawodowej pracy coraz bardziej doceniamy właśnie takie rozwiązania. Ergonomia nie jest drobiazgiem. Jeżeli ktoś chce prowadzić pasiekę przez kilkadziesiąt lat, musi myśleć nie tylko o wydajności rodziny pszczelej, ale również o własnym zdrowiu.
Joanna Baran: Czy zmiany klimatu są widoczne w pracy pszczelarza na poziomie sezonu i pożytków?
Lidia Moroń-Morawska: Zdecydowanie. Pszczelarstwo jest bardzo silnie związane z pogodą i fenologią roślin, dlatego zmiany widzimy właściwie z sezonu na sezon.
Dla pszczelarza nie jest najważniejsza średnia roczna temperatura, tylko to, co wydarzy się w konkretnych kilku czy kilkunastu dniach kwitnienia danego pożytku. Nawet bardzo dobrze przygotowana rodzina nie wykorzysta pożytku, jeżeli warunki pogodowe uniemożliwią nektarowanie albo lot pszczół.
Coraz trudniejsza staje się też przewidywalność sezonu. Rodzinę trzeba przygotować do pożytku wcześniej - nie da się jej „wzmocnić" w dniu, w którym rośliny zaczynają kwitnąć. Jeżeli terminy kwitnienia się przesuwają i sezon przebiega bardziej dynamicznie, pszczelarz również musi szybciej reagować.
Dla gospodarstwa wędrownego oznacza to konieczność jeszcze dokładniejszego obserwowania zarówno rodzin, jak i roślin. Kalendarz pszczelarski coraz mniej można traktować jako zbiór stałych dat.

Joanna Baran: Jaki był najciekawszy albo najbardziej nietypowy miód, jaki udało się Państwu pozyskać?
Lidia Moroń-Morawska: Jednym z najbardziej charakterystycznych i jednocześnie najmniej oczywistych miodów, jakie pozyskujemy, jest dla mnie miód kruszynowy z Beskidu Niskiego. Kruszyna nie jest odmianą, którą przeciętny klient kojarzy równie łatwo jak rzepak, lipę, grykę czy akację. Dla mnie właśnie to jest w nim ciekawe - pokazuje, jak bardzo rodzaj pozyskiwanego miodu zależy od konkretnego krajobrazu i roślinności występującej wokół pasieki.
Jednocześnie bardzo ostrożnie podchodzę do nazywania miodów odmianowych. Nie wystarcza mi przekonanie, że „wokół rosło dużo kruszyny, więc to na pewno miód kruszynowy". Co roku, zanim wprowadzę ten miód do sprzedaży jako kruszynowy, wysyłam próbkę do laboratorium na analizę pyłkową.
Dopiero wynik badania daje mi podstawę, żeby odpowiedzialnie oznaczyć pochodzenie botaniczne miodu. Uważam, że szczególnie przy mniej popularnych odmianach pszczelarz powinien mieć pewność, co rzeczywiście oferuje klientowi.
Joanna Baran: Czy polscy konsumenci potrafią dziś rozpoznać dobry miód?
Lidia Moroń-Morawska: Świadomość klientów jest coraz większa, ale jednocześnie wokół miodu nadal funkcjonuje bardzo dużo mitów.
Jednym z nich jest przekonanie, że jeżeli w miodzie są wyczuwalne kryształy, to pszczelarz „dosypał cukru". Zdarzało mi się naprawdę słyszeć takie pytania od klientów. Tymczasem krystalizacja jest całkowicie naturalnym procesem zachodzącym w miodzie.
Poszczególne odmiany krystalizują zupełnie inaczej. Jeden miód tworzy bardzo drobną, niemal kremową strukturę, inny może mieć wyraźnie wyczuwalne, większe kryształy. Zależy to między innymi od jego składu, proporcji glukozy do fruktozy, zawartości wody oraz warunków i tempa krystalizacji. Wielkość kryształów absolutnie nie świadczy o tym, że do miodu ktoś dosypał cukru.
Tak samo błędne jest przekonanie, że dobry miód musi być zawsze płynny albo przeciwnie - że każdy płynny miód był podgrzewany. Miód akacjowy może naturalnie pozostawać płynny bardzo długo, podczas gdy rzepakowy krystalizuje bardzo szybko.
Dlatego uważam, że edukacja konsumentów jest niezwykle ważna. Miód jest produktem naturalnym i jego różnorodność jest właśnie jedną z jego największych zalet.
Joanna Baran: Jak ocenia Pani rynek miodu w Polsce?
Lidia Moroń-Morawska: Dzisiaj rynek miodu oceniam jako bardzo wymagający, szczególnie z perspektywy gospodarstw, które z pszczelarstwa rzeczywiście się utrzymują.
Mamy dużą liczbę pszczelarzy hobbystycznych. Oni nie muszą w cenie słoika uwzględniać pełnego kosztu własnej pracy czy oczekiwać, że pasieka zapewni im miesięczne utrzymanie i oczywiście mają do tego pełne prawo. Dla zawodowego gospodarstwa rachunek wygląda jednak zupełnie inaczej.
Dochodzi do tego duża presja cenowa produktów dostępnych na rynku. W efekcie pszczelarz zawodowy ma bardzo ograniczone możliwości konkurowania ceną.
Dlatego uważam, że naszą szansą jest jakość, specjalizacja, sprzedaż bezpośrednia, budowanie relacji z klientem oraz tworzenie produktów o większej wartości dodanej. Jednocześnie nie chcę udawać, że wystarczy powiedzieć „mam świetny miód" i problem ekonomiczny znika. Jakość także musi znaleźć klienta gotowego za nią zapłacić.
Dla mnie to obecnie jedno z najważniejszych pytań dotyczących przyszłości polskiego pszczelarstwa zawodowego: nie czy potrafimy produkować dobry miód, bo potrafimy, tylko czy będziemy potrafili prowadzić jego produkcję w sposób ekonomicznie trwały.
Joanna Baran: Skąd pomysł na „Wielką encyklopedię pszczelarstwa"?
Lidia Moroń-Morawska: Historia jest bardzo prozaiczna. Zadzwonił do nas ktoś z wydawnictwa Dragon. Wcześniej Mateusz napisał „Poradnik pszczelarza", książkę skierowaną przede wszystkim do osób początkujących. Moim zdaniem jej bardzo dobrym, a w tamtym czasie również innowacyjnym rozwiązaniem było ułożenie treści w formie kalendarza pszczelarskiego. Początkujący pszczelarz mógł przejść przez cały rok i sprawdzić, na co powinien zwracać uwagę w kolejnych miesiącach, jakie prace należy wykonać i czego spodziewać się w rodzinie pszczelej.
Dzisiaj na rynku można znaleźć kilka publikacji opartych na podobnym pomyśle, ale wtedy tak skonstruowanej książki brakowało. Dlatego mówię czasem z uśmiechem, że Mateusz okazał się świetną inspiracją dla innych autorów.
„Poradnik pszczelarza" spotkał się z ogromnym zainteresowaniem. Od kilkunastu lat ukazują się kolejne dodruki, więc książka zdecydowanie znalazła swoich czytelników.
„Wielka encyklopedia pszczelarstwa" była kolejnym krokiem i w pewnym sensie pokłosiem sukcesu „Poradnika". Kilka lat później wydawnictwo Dragon ponownie się do nas zwróciło, tym razem z propozycją stworzenia znacznie obszerniejszej, bogatszej merytorycznie publikacji. W ten sposób powstała encyklopedia, którą napisaliśmy już wspólnie z Mateuszem.
Joanna Baran: Co po latach doświadczeń zmieniłaby Pani w tej książce lub dopisała w nowym wydaniu?
Lidia Moroń-Morawska: Gdybym dzisiaj przygotowywała nowe wydanie, przede wszystkim inaczej określiłabym jego odbiorcę.
W pierwszym wydaniu bardzo zależało nam na tym, żeby język był możliwie prosty i zrozumiały również dla osób, które nie mają dużej wiedzy o pszczołach. Dzisiaj poszłabym bardziej w stronę publikacji specjalistycznej. Ograniczyłabym część zupełnie podstawowych informacji, które można znaleźć w wielu poradnikach, a uzyskaną przestrzeń wykorzystałabym na bardziej pogłębione zagadnienia dla praktykujących pszczelarzy.
Znacznie więcej miejsca poświęciłabym warrozie i integrowaniu różnych metod jej zwalczania, biologii rodziny pszczelej, a także temu, jak zmieniające się warunki klimatyczne wpływają na gospodarkę pasieczną.
Dodałabym też znacznie więcej ekonomii. Po latach prowadzenia zawodowego gospodarstwa widzę jeszcze wyraźniej, że wiedza biologiczna jest niezbędna, ale pszczelarz zawodowy musi równocześnie umieć liczyć koszty, planować inwestycje i patrzeć na pasiekę jak na przedsiębiorstwo rolne.
Po ponad dekadzie praktyki nie napisałabym więc po prostu „więcej". Napisałabym książkę bardziej specjalistyczną i bardziej odpowiadającą problemom, z którymi mierzy się współczesny pszczelarz.

Joanna Baran: Jakiej jednej rady udzieliłaby Pani komuś, kto chce zacząć pszczelarstwo od zera?
Lidia Moroń-Morawska: Nie zaczynałabym od kupowania dużej liczby uli. Zaczęłabym od wiedzy i znalezienia dobrego, doświadczonego pszczelarza, przy którym można przepracować przynajmniej część sezonu.
Pszczelarstwo bardzo łatwo idealizować. Z zewnątrz widzimy ule, kwiaty i słoik miodu. Nie widzimy ciężkich korpusów, pracy w upale, rójek, chorób, strat rodzin i konieczności podejmowania właściwych decyzji dokładnie wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja.
Książki są bardzo potrzebne, ale pewnych rzeczy trzeba nauczyć się przy otwartym ulu. Dlatego moja rada brzmiałaby: najpierw wiedza i praktyka u boku dobrego pszczelarza, później własna pasieka. Nie odwrotnie.
Joanna Baran: Co dla Pani oznacza tytuł „najbardziej innowacyjnej rolniczki w Polsce"?
Lidia Moroń-Morawska: Przede wszystkim traktuję go jako potwierdzenie, że innowacja w rolnictwie nie jest zarezerwowana wyłącznie dla największych gospodarstw dysponujących ogromnym areałem i bardzo drogimi technologiami.
W 2024 roku zajęłam pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie „Rolniczki motorem innowacji w gospodarstwach rolnych w Polsce". Było to dla mnie ważne wyróżnienie również dlatego, że pokazało, iż innowacyjne rozwiązania mogą powstawać w średnim czy średnio dużym gospodarstwie, takim jak zawodowa pasieka, z której rodzina rzeczywiście się utrzymuje.
Największą wartością tego tytułu było jednak to, co wydarzyło się później. Pokazał mi, że rozwiązania rozwijane w gospodarstwie mogą być interesujące nie tylko lokalnie, ale również na poziomie krajowym i europejskim. Ta droga doprowadziła mnie później do reprezentowania Polski w konkursie COPA-COGECA Innovation Award for Women Farmers i znalezienia się w gronie pięciu finalistek z Europy.
Dlatego traktuję ten tytuł nie tylko jako nagrodę za to, co już zostało zrobione, ale również jako zobowiązanie do dalszego szukania rozwiązań, które mają praktyczny i ekonomiczny sens.
Joanna Baran: Co według Pani było najważniejsze w tym projekcie, który został nagrodzony - technologia, podejście czy zmiana myślenia o pasiece?
Lidia Moroń-Morawska: Powiedziałabym, że przede wszystkim zmiana sposobu myślenia.
Przez wiele lat bardzo naturalny model wyglądał tak: mamy pszczoły, pozyskujemy miód i sprzedajemy miód. Tymczasem zmieniający się rynek zmusił mnie do zadania innego pytania: czy miód zawsze musi kończyć swoją drogę w słoiku?
Dla mnie innowacja zaczyna się właśnie w tym miejscu. Nie od technologii, ale od zidentyfikowania problemu. Dopiero później szukamy rozwiązania i narzędzi, które pozwolą je wdrożyć.
Jeżeli rynek tradycyjnego miodu staje się coraz trudniejszy, odpowiedzią niekoniecznie musi być produkowanie jeszcze większej ilości dokładnie tego samego produktu i konkurowanie ceną. Możemy poszukiwać nowych zastosowań miodu, nowych form produktu i zwiększać wartość surowca, który już w gospodarstwie wytwarzamy.
Bardzo ważny jest dla mnie również model współpracy rolników, przedsiębiorców i środowiska naukowego. Rolnik zna problem od strony praktycznej, nauka wnosi wiedzę i możliwość jego zbadania, a partner biznesowy pomaga przełożyć rozwiązanie na produkt i rynek. Właśnie takie połączenie uważam za jedną z najciekawszych dróg rozwoju współczesnego rolnictwa.
Joanna Baran: Czy taka nagroda coś realnie zmienia w codziennej pracy gospodarstwa, czy jest bardziej symbolicznym wyróżnieniem?
Lidia Moroń-Morawska: Następnego dnia po odebraniu nagrody pszczoły oczywiście nie wiedzą, że ich właścicielka została najbardziej innowacyjną rolniczką. Nadal trzeba zrobić przeglądy, zadbać o zdrowotność rodzin, przenosić korpusy i przygotowywać miód do sprzedaży.
Ale w dłuższej perspektywie takie wyróżnienie może zmienić bardzo dużo. Daje wiarygodność, otwiera drzwi do nowych środowisk i powoduje, że ludzie zaczynają interesować się nie tylko produktem, ale także pomysłami i rozwiązaniami rozwijanymi w gospodarstwie.
W moim przypadku zwycięstwo w konkursie krajowym otworzyło też drogę do konkursu europejskiego COPA-COGECA, w którym znalazłam się później w gronie pięciu finalistek, a nagrodę odebrałam w Parlamencie Europejskim.
Nagroda daje również bardzo ważny sygnał samemu rolnikowi: rozwiązanie, które powstało dlatego, że próbowałam rozwiązać konkretny problem we własnym gospodarstwie, może mieć znacznie szersze zastosowanie.
Joanna Baran: Czy innowacje w pszczelarstwie częściej wynikają z potrzeby, czy z ciekawości i eksperymentów?
Lidia Moroń-Morawska: Moim zdaniem najlepsze innowacje zaczynają się od realnej potrzeby, a ciekawość pozwala znaleźć rozwiązanie.
Jeżeli zaczniemy od pytania: „jaką kolejną technologię możemy włożyć do ula?", możemy stworzyć coś bardzo efektownego, ale niekoniecznie potrzebnego pszczole czy pszczelarzowi. Ja wolę najpierw zapytać: jaki mamy problem?
W moim przypadku jednym z takich problemów jest ekonomia produkcji miodu i konieczność zwiększania wartości surowca, który już produkujemy. Dlatego moje innowacje są dziś skierowane przede wszystkim w stronę przetwórstwa i nowych zastosowań miodu, a nie coraz większej ingerencji w rodzinę pszczelą.
Im więcej wiem o biologii pszczół, tym bardziej jestem przekonana, że same pszczoły nie potrzebują od nas ciągłego „ulepszania". Technologia powinna pomagać rozwiązywać rzeczywiste problemy, a nie być celem samym w sobie. Choć muszę też podkreślić, że od ponad 15 lat korzystamy z wag ulowych ze zdalnym przesyłem danych. To rozwiązanie jest bardzo przydatne w pasiece wędrownej.
Joanna Baran: Czy ma Pani poczucie, że pszczelarstwo w Polsce jest dziś wystarczająco doceniane jako część nowoczesnego rolnictwa?
Lidia Moroń-Morawska: Nie. Mam wrażenie, że pszczelarstwo jest bardzo doceniane symbolicznie, ale znacznie mniej gospodarczo.
Wszyscy lubią mówić o pszczołach. Pszczoła świetnie pasuje do rozmowy o bioróżnorodności, środowisku czy zrównoważonym rozwoju. Tymczasem zawodowy pszczelarz jest przede wszystkim rolnikiem, który prowadzi gospodarstwo, inwestuje, ponosi koszty, zarządza ryzykiem i musi utrzymać rentowność swojej produkcji.
Wartość pszczelarstwa nie kończy się przy tym na kilogramach pozyskanego miodu. Pszczoły wykonują ogromną pracę zapylając, której efekt ekonomiczny pojawia się poza samą pasieką w sadach, na plantacjach i w innych gospodarstwach rolnych.
Chciałabym więc, żebyśmy przestali patrzeć na pszczelarstwo wyłącznie jak na piękną tradycję czy rzemiosło. To wyspecjalizowana produkcja zwierzęca, ważna część systemu żywnościowego i sektor, który może być bardzo nowoczesny.
Przy czym nowoczesność nie oznacza dla mnie, że w każdym ulu musimy mieć elektronikę. Nowoczesne pszczelarstwo to przede wszystkim wiedza, dobra diagnostyka, świadome zarządzanie zdrowotnością, ekonomia, współpraca z nauką i umiejętność dostosowania gospodarstwa do zmieniającego się rynku.

BIO
Lidia Moroń-Morawska - zawodowa pszczelarka i rolniczka, współprowadząca z mężem Mateuszem Morawskim rodzinną, wędrowną pasiekę. Z pszczelarstwem związana od 2007 roku, a od 2014 roku zajmuje się nim zawodowo. Od 2015 roku nieprzerwanie prowadzi również certyfikowaną pasiekę ekologiczną.
Specjalizuje się w produkcji miodów odmianowych oraz w rozwoju innowacyjnych metod przetwarzania i nowych zastosowań miodu. Jest liderką projektów badawczo-rozwojowych realizowanych we współpracy z rolnikami, przedsiębiorcami i jednostkami naukowymi. W 2024 roku zdobyła pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie „Rolniczki motorem innowacji w gospodarstwach rolnych w Polsce", a w 2025 roku znalazła się w gronie pięciu finalistek europejskiej Innovation Award for Women Farmers COPA-COGECA.
Wspólnie z Mateuszem Morawskim jest współautorką „Wielkiej encyklopedii pszczelarstwa" wydawnictwa Dragon. Prowadzi również działalność edukacyjną dotyczącą pszczół, produktów pszczelich i znaczenia zapylaczy.
Aktywnie angażuje się w reprezentowanie perspektywy rolników i praktyków prowadzących gospodarstwa w krajowej i europejskiej debacie o przyszłości rolnictwa. Jest członkinią Women in Farming Platform przy Komisji Europejskiej - DG AGRI, uczestniczką programu EU-U.S. Young Leaders in Agriculture Fellowship oraz członkinią Rady Kobiet przy Wojewodzie Małopolskim. W swoich działaniach szczególnie zwraca uwagę na sytuację gospodarstw rodzinnych i zawodowych, innowacje, konkurencyjność oraz znaczenie rolników dla bezpieczeństwa żywnościowego.
Liczba wyświetleń artykułu: 828
Komentarze z forum pszczelarskiego
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu. Bądź pierwszy i weź udział w dyskusji!












