Ogławianie drzew szkodzi roślinom, ludziom i zapylaczom
Lipy, klony i wierzby znikają pod piłami. Razem z nimi znika cień, nektar i naturalna baza pokarmowa dla zapylaczy.
Wiosna. Ulice, skwery, parki i drogi gminne. W ruch idą piły, a potężne korony drzew w ciągu kilku godzin zamieniają się w kikuty. Lipy, klony, wierzby i inne drzewa, które przez dziesięciolecia tworzyły miejski mikroklimat i dostarczały owadom pożywienia, są regularnie redukowane pod hasłem „cięć pielęgnacyjnych”.
Problem w tym, że pielęgnacja drzewa nie powinna oznaczać jego systematycznego okaleczania. Do Ministerstwa Klimatu i Środowiska trafi stanowcze wystąpienie Polskiego Związku Pszczelarskiego dotyczące praktyki masowego ogławiania drzew miododajnych i pyłkodajnych. PZP zwraca uwagę, że problem nie dotyczy pojedynczych przypadków. Zdjęcia dokumentujące takie działania napływają z różnych miast i gmin w Polsce.
I zapowiada, że może przedstawić ich znacznie więcej.
„Cięcie pielęgnacyjne” nie może być nazwą dla wszystkiego
Prawo dotyczące ochrony drzew jest w tej kwestii znacznie bardziej konkretne, niż mogłoby się wydawać.
Art. 87a ustawy o ochronie przyrody stanowi, że prace w obrębie korony drzewa powinny być prowadzone w sposób najmniej szkodzący drzewu. Co do zasady nie mogą prowadzić do usunięcia więcej niż 30 proc. korony, która rozwinęła się w całym okresie rozwoju drzewa. Ustawa przewiduje przy tym określone wyjątki, m.in. usuwanie gałęzi obumarłych lub nadłamanych, utrzymywanie uformowanego kształtu korony oraz specjalistyczne zabiegi mające przywrócić statykę drzewa. W tym ostatnim przypadku konieczna jest odpowiednia dokumentacja. Przekroczenie 30 proc. w sytuacji nieobjętej ustawowymi wyjątkami jest kwalifikowane jako uszkodzenie drzewa. Jeżeli usunięto ponad 50 proc. korony, ustawa mówi już o zniszczeniu drzewa.
To ważne, bo „ogławianie” nie jest wyłącznie kwestią estetyki. W określonych przypadkach może być naruszeniem przepisów i podstawą do nałożenia administracyjnej kary pieniężnej.
Kara za uszkodzenie drzewa? Tak, i może być dotkliwa
Ustawa o ochronie przyrody przewiduje administracyjną karę pieniężną m.in. za zniszczenie drzewa oraz za jego uszkodzenie spowodowane wykonywaniem prac w obrębie korony. W przypadku uszkodzenia drzewa wysokość kary ustala się jako opłatę za usunięcie drzewa pomnożoną przez 0,6. W przypadku zniszczenia zasady naliczania są inne i kara może być znacznie wyższa.
Nie oznacza to jednak, że każde mocne cięcie automatycznie kończy się karą. Znaczenie mają m.in. gatunek i parametry drzewa, zakres wykonanych prac, ich cel oraz ustawowe wyjątki. Nie można więc sprowadzać całej sprawy do prostego hasła „każde cięcie powyżej 30 proc. = mandat”. Mowa o administracyjnej odpowiedzialności za uszkodzenie lub zniszczenie drzewa w warunkach określonych ustawą.
Problem polega na tym, że prawo jest tylko tak skuteczne, jak jego egzekwowanie.
Drzewo to nie latarnia. Nie można go „przyciąć do słupa”
W wielu miejscach można zobaczyć ten sam schemat. Najpierw rośnie duże drzewo. Z czasem jego korona zaczyna "przeszkadzać”. Zacienia posesje, gałęzie są nad drogą, a jesienią spadają liście… wymaga fachowej pielęgnacji albo po prostu komuś przestaje odpowiadać. Pojawia się ekipa z piłami. Po zabiegu zostaje pień i kilka grubych konarów.
Przez jakiś czas wygląda to jak porządek. Tyle że z punktu widzenia drzewa problem dopiero się zaczyna.
Drastyczne usuwanie korony oznacza utratę dużej części aparatu asymilacyjnego. Drzewo zostaje pozbawione znacznej części liści, które są jego „fabryką” energii. Rany po dużych cięciach są trudniejsze do zabezpieczenia i mogą stać się miejscem infekcji oraz rozwoju procesów rozkładowych. W kolejnych latach pojawiają się odrosty, które nie zawsze mają taką samą stabilność jak naturalnie wykształcone konary.
Paradoksalnie więc zabieg przedstawiany jako działanie mające „poprawić bezpieczeństwo” może w dłuższej perspektywie prowadzić do pogorszenia kondycji drzewa i zwiększenia problemów związanych z jego stabilnością.
Najpierw zabieramy cień, później próbujemy walczyć z upałem
Jest jeszcze drugi, bardzo konkretny wymiar problemu: człowiek. Dojrzałe drzewo przy ulicy nie jest wyłącznie elementem krajobrazu. Jego korona daje cień, ogranicza nagrzewanie powierzchni i współtworzy lokalny mikroklimat. Kiedy duże drzewo zostaje brutalnie zredukowane, znika również część jego funkcji chłodzącej. A później narzekamy na betonowe miasta, w których beton na słońcu nagrzewa się do 60 stopni Celsjusza.
Rozgrzane chodniki, asfalt i elewacje oddają ciepło jeszcze długo po zachodzie słońca. Tam, gdzie wcześniej była duża korona drzewa, pojawia się nagrzewająca się przestrzeń bez naturalnej osłony. Miasto potrzebuje drzew nie wtedy, kiedy są małe i łatwe do posadzenia, ale przede wszystkim wtedy, kiedy osiągną rozmiary pozwalające realnie wpływać na warunki panujące wokół.
Stare drzewo jest warte więcej niż nowa sadzonka
W debacie o zieleni miejskiej często pojawia się argument: „Przecież posadzimy nowe drzewa”. Oczywiście, nowe nasadzenia są potrzebne. Ale nie mogą być usprawiedliwieniem dla niszczenia istniejącego, dojrzałego drzewostanu.
Młoda sadzonka potrzebuje wielu lat, aby osiągnąć rozmiar i znaczenie ekologiczne dużego, kilkudziesięcioletniego czy nawet stuletniego drzewa. Nie da się w ciągu jednego sezonu odtworzyć korony lipy, klonu czy wierzby, która rosła w danym miejscu przez dziesięciolecia.
To szczególnie widoczne w przypadku drzew będących pożytkiem dla owadów.
Lipa, klon, wierzba. Dla pszczół to nie jest „zwykłe drzewo”
Dla człowieka miejska lipa może być po prostu drzewem przy ulicy. Jednak dla pszczół i innych owadów zapylających może być stołówką.
Lipy są jednymi z najważniejszych drzew pożytkowych, a wierzby mają ogromne znaczenie szczególnie wczesną wiosną, kiedy dostępność pokarmu dla owadów jest ograniczona. Klony również dostarczają nektaru i pyłku.
Dlatego każda duża korona, która znika przed kwitnieniem albo zostaje radykalnie zredukowana, oznacza nie tylko zmianę wyglądu ulicy. Oznacza także utratę potencjalnego źródła pokarmu. I tutaj pojawia się szczególny paradoks.
Walczymy o dzikie zapylacze, a jednocześnie niszczymy ich stołówki
W Polsce coraz częściej mówimy o potrzebie ochrony dzikich zapylaczy. Zwracamy uwagę na znaczenie trzmieli, pszczół samotnic, bzygów, motyli i innych owadów zapylających. Słusznie.
Jednocześnie od lat trwa dyskusja o tym, czy miasta są odpowiednim miejscem dla dużej liczby rodzin pszczoły miodnej. Problemem może być ograniczona dostępność naturalnych pożytków, zwłaszcza w gęsto zabudowanych przestrzeniach. To dyskusja, którą warto prowadzić spokojnie i na podstawie danych.
Ale niezależnie od tego, jakie stanowisko zajmiemy wobec miejskiego pszczelarstwa, pozostaje jeden fakt: jeżeli chcemy, aby miasta były przyjazne zapylaczom, musimy zachować rośliny, które dostarczają im pokarmu.
Nie wystarczy postawić hotelu dla owadów. Nie wystarczy wysiać jednej łąki kwietnej. Nie wystarczy kupić kilkudziesięciu sadzonek.
Jeżeli jednocześnie każdego roku redukujemy korony dojrzałych drzew kwitnących, niszczymy jeden z najbardziej oczywistych elementów miejskiej bazy pokarmowej.
PZP chce, żeby problem przestał być niewidoczny
Polski Związek Pszczelarski chce ten temat wyprowadzić poza pojedyncze interwencje mieszkańców. W piśmie skierowanym do Ministerstwa Klimatu i Środowiska PZP zwraca uwagę na potrzebę systemowego podejścia do ochrony drzew miododajnych i pyłkodajnych. Organizacja postuluje m.in. wydanie wytycznych dla jednostek samorządu terytorialnego oraz powiązanie wsparcia środowiskowego z właściwą ochroną istniejącego drzewostanu.
To kierunek, który zasługuje na poważną debatę.
Bo dziś odpowiedzialność za pojedyncze drzewo często rozpływa się pomiędzy zarządcą drogi, gminą, wykonawcą prac, służbami odpowiedzialnymi za zieleń i mieszkańcami, którzy dopiero po fakcie pytają: dlaczego znowu to zrobiono?
Potrzebny jest mechanizm, który sprawi, że zanim piła zostanie uruchomiona, ktoś będzie musiał odpowiedzieć na proste pytanie: czy ten zabieg jest rzeczywiście konieczny i czy został zaplanowany zgodnie z przepisami oraz zasadami prawidłowej pielęgnacji drzewa?
Nie chodzi o zakaz cięcia drzew
Warto to powiedzieć jasno: ochrona drzew nie oznacza zakazu ich pielęgnacji. Drzewa wymagają cięć. Usuwanie gałęzi obumarłych, nadłamanych czy stanowiących realne zagrożenie jest elementem prawidłowego zarządzania zielenią. Istniejąca ustawa sama przewiduje określone wyjątki, a w przypadku specjalistycznych zabiegów związanych ze statyką drzewa wymaga dokumentacji uzasadniającej ich wykonanie.
Problemem jest co innego. Problemem jest traktowanie radykalnego cięcia jako standardowej metody utrzymania drzewa. Drzewo nie jest elementem infrastruktury, który można co kilka lat „przywrócić do właściwego rozmiaru” za pomocą piły.
Jeżeli roślina jest zbyt duża w stosunku do miejsca, w którym została posadzona, problem często zaczyna się wiele lat wcześniej - na etapie projektowania i planowania zieleni.
Potrzebujemy zmiany myślenia o miejskich drzewach
Najdroższym drzewem w mieście może być właśnie to, które już mamy. Nie trzeba go kupować, transportować ani sadzić. Jest już zakorzenione. Ma rozbudowaną koronę. Produkuje liście, kwiaty, nektar i pyłek. Daje cień. Zatrzymuje część wody. Tworzy siedlisko dla organizmów. W okresie kwitnienia dostarcza owadom pokarm.
Wyrzucenie tej wartości w ciągu jednego dnia jest łatwe. Odbudowanie jej zajmuje dziesięciolecia.
Dlatego dyskusja o ogławianiu drzew nie jest konfliktem między „ekologami” a samorządami. To pytanie o jakość zarządzania przestrzenią publiczną.
Czy chcemy miasta z dużymi, zdrowymi koronami drzew? Czy chcemy ulic, na których latem można znaleźć cień? Czy chcemy zachować naturalne źródła nektaru i pyłku? Czy chcemy chronić dzikie zapylacze nie tylko w deklaracjach, ale również poprzez zachowanie ich siedlisk i bazy pokarmowej?
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, nie możemy jednocześnie uznawać radykalnego ogławiania dojrzałych drzew za zwykłą rutynę.
Każda wiosna powinna być czasem kwitnienia, nie masowego ogławiania
W sprawie wystąpienia Polskiego Związku Pszczelarskiego najważniejsze jest więc nie tylko to, ile drzew zostało przyciętych w konkretnym mieście. Najważniejsze jest pytanie, czy państwo i samorządy potrafią stworzyć system, w którym ochrona istniejących, dojrzałych drzew będzie traktowana jako element polityki klimatycznej, przyrodniczej i bezpieczeństwa mieszkańców.
Bo kiedy wiosną znikają korony lip, klonów czy wierzb, znikają jednocześnie miejsca, w których mogłyby pojawić się kwiaty, nektar, pyłek i cień. A potem latem patrzymy na rozgrzany beton i zastanawiamy się, dlaczego w mieście jest tak gorąco.
Patrzymy na coraz mniej owadów i zastanawiamy się, gdzie podziały się zapylacze.
I sadzimy nowe drzewa.
Tymczasem być może jednym z najprostszych działań na rzecz przyrody jest nie niszczyć tych dużych, które już rosną. Dlatego inicjatywa Polskiego Związku Pszczelarskiego powinna być początkiem, a nie końcem tej dyskusji. Potrzebne są dalsze działania, dokumentowanie przypadków, kontrola przestrzegania prawa i presja społeczna, aby określenie „cięcia pielęgnacyjne” nie stawało się wygodnym usprawiedliwieniem dla praktyk, które z prawidłową pielęgnacją drzew mają niewiele wspólnego.
Bo ochrona zapylaczy zaczyna się nie tylko od uli, hoteli dla owadów czy wysiewania kwietnych łąk.
Czasem zaczyna się od tego, żeby po prostu zostawić w spokoju kwitnącą lipę.
Liczba wyświetleń artykułu: 482
Komentarze z forum pszczelarskiego
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu. Bądź pierwszy i weź udział w dyskusji!












