Portal Pszczelarski

Mikołaj Siemaszko o ochronie przyrody i aktywnym działaniu na rzecz bioróżnorodności

Mikołaj Siemaszko bioróżnorodność dzikie zapylacze pszczelarstwo miejskie

Zielone iluzje i prawdziwe zagrożenia: o bioróżnorodności, greenwashingu, pszczołach i realnej ochronie przyrody

Ochrona przyrody i bioróżnorodności to nie tylko temat naukowych dyskusji, ale także codziennych działań, które mogą realnie wpływać na życie ekosystemów wokół nas. Mikołaj Siemaszko, przyrodnik i edukator, ekspert w dziedzinie ochrony przyrody, od lat angażuje się w ochronę dzikich zapylaczy, przeciwdziałanie wycinkom drzew i walkę z nieprzemyślanymi działaniami proekologicznymi. W rozmowie opowiada o swoich doświadczeniach, wyzwaniach, które napotyka w pracy na rzecz przyrody, oraz o tym, jak edukacja i świadome działanie mogą zmieniać świat – zarówno w miastach, jak i na terenach wiejskich.

 

 

Joanna Baran: Co spowodowało, że zainteresował się Pan ochroną przyrody, aktywnym działaniem na rzecz bioróżnorodności, szerzeniem wiedzy. Takie działania jednak angażują ogrom czasu, emocji, są wymagające.

Mikołaj Siemaszko: Ciekawe pytanie. Rzadko opowiadam o moich motywacjach czy początkach, ale moja historia jest dość ciekawa. Od dziecka interesowałem się przyrodą - natura zawsze była mi bliska. Z rodzicami spędzaliśmy mnóstwo czasu na świeżym powietrzu, często wsiadaliśmy na rowery i jeździliśmy w tereny dzikie, niezmienione przez człowieka. To doświadczenie zaszczepiło we mnie szacunek i wrażliwość na przyrodę, które pozostały ze mną do dziś. 

Jednak moja świadomość ekologiczna przybrała prawdziwe rozmiary dopiero około dziewięciu lat temu. W mojej gminie zaczęły pojawiać się działania, które miały destrukcyjny wpływ na środowisko - nieuzasadnione wycinki drzew, karczowanie naturalnych obszarów pod kolejne parkingi. Te sytuacje sprawiły, że poczułem potrzebę aktywnego angażowania się w ochronę lokalnej przyrody. 

Zacząłem interweniować w gminie, a wkrótce założyłem nieformalną grupę "Czechowiczanie dla przyrody", zrzeszającą osoby, które chciały troszczyć się o naturę w okolicach Czechowic-Dziedzic. Organizowaliśmy akcje sprzątania, pisaliśmy pierwsze petycje. Działania były skromne, ale znaczące. Dzięki naszej pracy udało się ochronić naturalne oczka wodne, które miały zostać zasypane w ramach inwestycji PKP. Te małe zbiorniki retencyjne były siedliskiem licznych płazów i ptactwa wodnego - dziś wciąż tętnią życiem. Udało nam się również powstrzymać wycinkę wielu drzew, w tym ponad stuletnich dębów, zagrożonych w tym samym projekcie. 

Choć są to pozornie niewielkie działania, mają realny wpływ na istnienie naturalnych środowisk w naszej najbliższej przestrzeni. Sukcesy te pokazały mi, że oddolne, społeczne inicjatywy mogą być naprawdę skuteczne. 

Z czasem moja aktywność lokalna zaczęła się rozszerzać na cały kraj. Poznawałem innych ludzi, organizacje i inicjatywy, które również starały się chronić przyrodę w swoich społecznościach. W efekcie moja działalność objęła edukację przyrodniczą, pisanie petycji i wsparcie działań w różnych częściach Polski. 

Wielu ludzi zaczęło zauważać, że akcje, w których biorę udział, często kończą się sukcesem. Cechuje mnie determinacja i dociekliwość. Gdy interesuje mnie jakiś temat, zgłębiam go wnikliwie i analizuję każdy aspekt. Angażuję się całym sobą. Wiedza jest dla mnie niezwykle ważna – zanim przystąpię do rozmów z przedstawicielami firm czy władz lokalnych, staram się solidnie przygotować merytorycznie.

Gdy zaczynałem swoją działalność, nie miałem wykształcenia kierunkowego. Dziś mam już kwalifikacje zawodowe związane z ochroną przyrody, jednak większość wiedzy zdobyłem samodzielnie - czytając książki, analizując prace naukowe i gromadząc doświadczenie w terenie. To pozwoliło mi zbudować solidną podstawę wiedzy, która wspiera moje działania do dziś.

 

 

Joanna Baran: Dość odważnie mówisz o działaniach pozornie korzystnych dla przyrody, a tak realnie będących aktywnościami pozornymi. Nazywamy to coraz częściej "greenwashingiem". Skąd taka potrzeba ujawniania tych kwestii i odwaga do eskalowania takich sytuacji?

Mikołaj Siemaszko: Myślę, że to wynika w dużej mierze z mojego charakteru. Przyznam, że w takich sytuacjach rzadko zastanawiam się nad tym, że ktoś może mnie "nie lubić". Zawsze miałem mocne poczucie sprawiedliwości i przekonanie, że należy być fair zarówno wobec świata, jak i wobec samego siebie. Dlatego jestem wyczulony na sytuacje, w których decydenci – czasem pewnie nieświadomie – podejmują decyzje pozornie korzystne dla środowiska, które w praktyce mogą okazać się wręcz szkodliwe. W takich momentach potrzebna jest osoba, która doradzi i właściwie nakieruje działania. 

Niestety równie często spotykam sytuacje, gdy decyzje „pozorne” są podejmowane świadomie, a środki przeznaczone na ochronę przyrody wykorzystywane są w sposób iluzoryczny - nie dla realnej ochrony środowiska, lecz dla kreowania w mediach wizerunku: „dbamy o przyrodę”. Uważam, że przeznaczanie pieniędzy na pozorne działania, służące jedynie budowaniu medialnego wizerunku, to jedna z największych patologii współczesności.

Oczywiście na początku uświadamianie takich sytuacji kosztowało mnie dużo nerwów i stresu. Stawałem w kontrze do polityków, właścicieli firm, lokalnych władz – to nie jest łatwe. Czasami system reagował nieprzychylnie: nagonki w mediach, próby ośmieszania, nieprzychylne komentarze. Dotykało mnie to i zdarzały się chwile zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że może lepiej odpuścić, przestać mierzyć się z ogromną, medialno-polityczną maszyną. 

Jednak moje wewnętrzne przekonanie, że robię słusznie, zawsze przeważało, nawet jeśli płaciłem za to stresem. Z czasem człowiek przyzwyczaja się do presji i trudnych sytuacji. Jednocześnie zacząłem dostawać pozytywne sygnały od wielu osób – wsparcie, słowa uznania – co daje ogromną siłę i podbudowuje. Dzisiaj czuję się dobrze sam ze sobą i mam pełne przekonanie, że moje działania mają sens.

 

 

Joanna Baran: Widzisz praktyczne efekty swoich działań? Czy możesz przytoczyć sytuacje, w których władze lokalne czy firmy zmieniły swoje działania w wyniku Twoich interwencji?

Mikołaj Siemaszko: Od około trzech lat coraz częściej dostrzegam, że moje działania i interwencje przynoszą realne efekty. Cztery lata temu przeżyłem jednak kryzys – poruszałem wiele ważnych kwestii związanych z ochroną przyrody, a skuteczność była niewielka. A ponieważ angażuję się w sprawy całym sobą, każde niepowodzenie odczuwałem bardzo mocno. Tu nie chodzi o ego czy osobistą wygraną – przegrana oznacza wycięcie setek drzew, zasypanie mokradeł czy zniszczenie środowisk, których nie uda się już odbudować. Przegrana to zagłada kolejnego ekosystemu. 

Jednak od trzech lat widzę wyraźną różnicę. W obszarach, w których mam realny wpływ, efekty są widoczne. Szczególnie w kwestii ograniczania gatunków obcych i inwazyjnych - aktywnie działam, wraz z innymi osobami, na rzecz ograniczenia ich nasadzania w Polsce, także w przestrzeni miejskiej, promując zamiast nich gatunki rodzimych roślin. 

Innym przykładem jest zmiana, którą udało mi się wypracować w Katowicach. Przez rok prowadziłem intensywną korespondencję z WFOŚiGW, dzwoniłem, spotykałem się, tłumaczyłem. W efekcie udało się wprowadzić istotną zmianę – w oficjalnych zapisach pojawiło się jasne zobowiązanie do finansowania nasadzania roślin rodzimych. To istotne, bo wcześniej w ramach działań mających wspierać przyrodę sadzono np. inwazyjny dąb czerwony – roślinę silnie inwazyjną, kupowaną i sadzoną za publiczne pieniądze. 

Jestem także członkiem Ministerialnego Zespołu do Spraw Owadów Zapylających i tam także widzę, że działania przynoszą realne efekty.

Jednak coś, co mnie niepokoi, to fakt, że aby realnie wpływać na decyzje władz gmin, miast czy ministerstw, nie wystarczy sama wiedza i merytoryczne argumenty. Obecnie konieczna jest również odpowiednia rozpoznawalność – liczba obserwujących na Instagramie i Facebooku. To pokazuje, że za decyzjami nie zawsze stoi świadoma troska o środowisko, lecz często obawa przed opinią publiczną czy utratą wyborców. 

Widzę to teraz jasno – instytucje czasami obawiają się kontaktu ze mną, ale nie ze względu na argumenty czy dane, które przedstawiam, lecz dlatego, że jestem rozpoznawalny i medialny. Uważam, że tak nie powinno być. Zastanawiam się, co się stanie, gdy pojawi się ktoś jeszcze bardziej medialny, ale nie kierujący się wiedzą, faktami i argumentami. Czy decydenci zaczną podejmować decyzje pod presją opinii w social media, zamiast kierować się rzeczywistą ochroną przyrody? To pytanie budzi we mnie poważne refleksje nad tym, jak kształtuje się dziś polityka środowiskowa.

 

 

Joanna Baran: Jedną ze składowych greenwashingu są działania podejmowane pod hasłem "ratujmy zapylaczy", które ostatecznie sprowadzają się do ratowania pszczoły miodnej, często z całkowitym pominięciem dzikich zapylaczy. Skąd Twoim zdaniem takie uproszczenie myślenia i jakie są jego skutki?

Mikołaj Siemaszko: Przyglądałem się tej kwestii szczególnie uważnie i uważam, że w dużej mierze wynika ona z działalności Greenpeace. Około osiem lat temu rozpoczęli oni intensywną kampanię ratowania pszczół, w której działania zarówno medialne, jak i praktyczne koncentrowały się głównie na pszczołach miodnych. Trzeba przyznać, że ich argumentacja ma sens – pszczoła miodna była punktem wyjścia, ponieważ mocno i pozytywnie się kojarzy, wywołując naturalną troskę i emocje wśród ludzi. 

Jednak uważam, że w efekcie takich działań świadomość istnienia dzikich zapylaczy została w dużej mierze zmarginalizowana. Wciąż obserwuję, że wielu ludzi utożsamia działania na rzecz ochrony zapylaczy wyłącznie ze stawianiem pasiek i opieką nad pszczołą miodną. Niestety takie budowanie narracji doprowadziło do sytuacji, w której pasieki zaczęto stawiać na dachach budynków w centrach miast. Z mojego punktu widzenia nie jest to dobre ani dla pszczoły miodnej, ani dla środowiska w szerszym sensie. Dzikie gatunki zapylaczy, które mają ogromne znaczenie dla równowagi ekosystemów, wciąż pozostają w cieniu, a ich ochrona jest niedostatecznie doceniana.

 

 

Joanna Baran: Jaki jest efekt tego budowania tej potrzeby opieki wokół pszczoły miodnej. Pojawia się już coraz częściej termin "przepszczelenia". Co o tym sądzisz?

Mikołaj Siemaszko: Przepszczelenie jest poważnym problemem, który dotyka zarówno dzikie zapylacze, jak i same pszczoły miodne. Zbyt duża liczba pasiek, również w miastach, zwiększa konkurencję o pokarm między gatunkami. Chcę jednak podkreślić, że nie jest tak, że pszczoła miodna sama w sobie szkodzi dzikim zapylaczom – problemem są decyzje ludzi. Często są one nieprzemyślane lub podejmowane nie w trosce o owady, lecz dla budowania wizerunku „eco friendly” w przestrzeni publicznej.

Trzeba pamiętać, że pszczoła miodna potrafi odlatywać na kilka kilometrów od pasieki, natomiast dzikie pszczoły i inne zapylacze poruszają się zazwyczaj na kilkaset metrów. To gatunki mniejsze i mniej mobilne, więc w starciu z pszczołami miodnymi mają znacznie mniejsze szanse na zdobycie pożywienia. 

Często obrazuję ten problem na przykładzie żmijowca zwyczajnego, rośliny niezwykle atrakcyjnej dla wielu owadów. Jeśli w pobliżu stanowisk żmijowca znajduje się pasieka, pszczoły miodne intensywnie korzystają z nektaru i pyłku rośliny. Tymczasem dzikie zapylacze często korzystają tylko z jednego lub kilku pojedynczych pożytków. W przypadku żmijowca zwyczajnego kluczowa jest murarka nakamionka, która korzysta z pyłku wyłącznie tej rośliny. W środowisku zdominowanym przez pszczoły miodne nie ma ona szans na przetrwanie. To wyraźny przykład, jak konkurencja pokarmowa może zagrozić jednemu gatunkowi. 

Dodatkowym zagrożeniem jest przenoszenie wirusów i bakterii między zapylaczami. W przypadku pszczół miodnych w pasiekach pszczelarz może wyleczyć chorą rodzinę, natomiast zarażone dzikie pszczoły po prostu giną.

Co ważne, duże zagęszczenie pasiek nie służy również samym pszczołom miodnym. Kiedy ule stoją blisko siebie, pszczoły konkurują o pokarm między sobą. Sami pszczelarze często podkreślają problem przepszczelenia – zmuszeni są wywozić swoje ule w inne miejsca, gdzie dostępne są pożytki, ponieważ lokalnie jest zbyt duża konkurencja. Z mediów znamy też przypadki, gdy ktoś ustawił swoje ule w pobliżu istniejącej pasieki, co jeszcze bardziej nasila problem. 

W praktyce konkurencja o pożytek i skutki przepszczelenia są w Polsce odczuwalne bardzo dotkliwie – zarówno przez dzikie zapylacze, jak i samych pszczelarzy. To problem, który wymaga świadomego planowania i podejścia uwzględniającego potrzeby całego ekosystemu. 

Osobiście uważam, że problem przepszczelenia nie dotyczy aż tak bardzo hobbystów, posiadających kilka uli z pasji, ale coraz większej ilości pasiek towarowych oraz pasiek miejskich.

 

 

Joanna Baran: Czy przepszczelenie, oprócz konkurencji o pokarm, może prowadzić również do monotonii krajobrazu i zubożenia różnorodności roślin? Kwestię tą poruszył Łukasz Łuczaj w naszej rozmowie i chciałam zapytać również o Pana pogląd w tej sprawie. 

Mikołaj Siemaszko: Moim zdaniem monotonia krajobrazu jest oczywistym skutkiem przepszczelenia. Pszczoła miodna ma swoje wyraźne preferencje co do zapylanych roślin, w związku z czym nie odwiedza wszystkich gatunków. Kiedy jednak liczba pszczół miodnych na danym terenie jest zbyt duża, konkurencja o pokarm rośnie, a różnorodność zapylaczy znacząco maleje. W efekcie w miejscach przepszczelonych dochodzi do stopniowego ograniczenia różnorodności roślin, ponieważ zapylane są głównie te gatunki, które pszczoły preferują. 

Posunąłbym się nawet dalej w tej obserwacji. Musimy zdawać sobie sprawę, że pszczoła miodna naturalnie wybiera rośliny o wysokiej wydajności pyłku i nektaru. Niestety często są to rośliny inwazyjne. W konsekwencji nadmiar pszczół miodnych na danym obszarze, zamiast wspierać różnorodność dzikich zapylaczy, w dłuższej perspektywie może prowadzić nie tylko do spadku bioróżnorodności, lecz także do nadmiernego rozwoju roślin inwazyjnych. Efektem tego jest uproszczenie krajobrazu i zmniejszenie naturalnej różnorodności ekosystemów. 

Brak wyspecjalizowanych zapylaczy pogłębia ten problem. Pszczoła miodna chętnie korzysta z roślin inwazyjnych, co w praktyce powoduje zwiększanie się obszaru zajmowanego przez gatunki inwazyjne i prowadzi do jeszcze większego uproszczenia ekosystemu.

 

 

Joanna Baran: Poruszyliśmy temat przepszczelenia i dużej konkurencji o pożytki pomiędzy samymi pszczelarzami. Obecnie wielu z nich próbuje przenosić swoje pasieki na obszary leśne lub graniczne. Jest to sposób zarówno na pozyskanie drogiego, leśnego miodu jak i ochrona przed chorobami. Dotąd tereny leśne, łąki były zazwyczaj oazą dla dzikich zapylaczy. Co sądzisz o tym trendzie?

Mikołaj Siemaszko: Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem pozostawiania terenów cennych przyrodniczo: rezerwatów, użytków ekologicznych, parków narodowych czy parków krajobrazowych – w rękach dzikiej natury i dzikich zapylaczy. Wprowadzanie gatunków hodowlanych, takich jak pszczoła miodna, na obszary o wysokiej różnorodności biologicznej prowadzi do konkurencji i uproszczenia ekosystemów. Ilość dzikich gatunków, które powinny funkcjonować w takich miejscach, jest wówczas realnie zagrożona przez obecność pszczół miodnych.
Może narażę się niektórym pszczelarzom, ale uważam, że wprowadzenie rejestracji pasiek wraz z podaniem ich aktualnej lokalizacji było bardzo dobrym posunięciem z punktu widzenia ochrony przyrody i bioróżnorodności. Taka rejestracja pozwala wskazać obszary o największym zagęszczeniu pszczół, co z kolei umożliwia ocenę ryzyka roznoszenia patogenów czy konkurencji o pożytek. 

Stawianie uli w obszarach leśnych ma jeszcze jeden negatywny aspekt. W literaturze i badaniach przyrodników oraz pszczelarzy wielokrotnie pojawiają się opisy poszukiwań stanowisk dzikiej, rodzimej pszczoły miodnej. Choć gniazda zdziczałych pszczół naturalnie obecne są w drzewach, zazwyczaj stanowią mieszankę odmian sprowadzonych do Polski, co dodatkowo komplikuje zachowanie rodzimych populacji.

 

 

Joanna Baran: Z jednej strony mówimy o przepszczeleniu, z drugiej pszczelarze są osobami, które często są bardzo wrażliwe na przyrodę, dobrostan, różnorodność. Co zatem mogą robić pszczelarze, by wspierać naturalne środowisko i neutralizować negatywne aspekty wprowadzania pszczoły miodnej w środowisko?

Mikołaj Siemaszko: Trochę ubolewam nad tym, że wielu pszczelarzy pochopnie stawia ule, a dopiero później zastanawia się, czy w okolicy są wystarczające pożytki, by zaspokoić potrzeby pokarmowe rodzin pszczelich. Na szczęście coraz częściej obserwuję pozytywne zmiany - wielu pszczelarzy przed postawieniem pasieki przeprowadza tak zwaną inwentaryzację przyrodniczą w promieniu około trzech kilometrów. Sprawdza, gdzie są sąsiedzi, ile pasiek znajduje się w okolicy, jakie rosną rośliny oraz jakie są typy terenów i upraw. 

Chciałbym, aby w przyszłości działania edukacyjne sprawiły, że każdy pszczelarz, planując pasiekę, uwzględniał także obecność i warunki życia dzikich zapylaczy. To bardzo ważne – świadomość, ile rodzin pszczelich wprowadzamy i jaki będzie ich wpływ na dostępne pożytki, powinna być standardem. 

Dodatkowo pszczelarz sam może zwiększać różnorodność pożytków na swoim terenie i zachęcać do tego sąsiadów. Trzeba jednak robić to mądrze i rozważnie. Nie chodzi o sadzenie roślin miododajnych bezrefleksyjnie – nasadzenie robinii akacjowej czy pola facelii w praktyce nie przyniesie korzyści ani pszczołom miodnym, które potrzebują różnorodnych pożytków, ani dzikim zapylaczom. Świadomy pszczelarz powinien wybierać rodzime gatunki roślin, które wspierają także dzikich zapylaczy i realnie wzbogacają bioróżnorodność. 

Kluczowa jest odpowiedzialność za rośliny, które wprowadzamy do środowiska. Będą się one rozrastać, rozsiewać i wpływać na lokalną bioróżnorodność. Pszczelarze, decydując się na posiadanie uli, powinni wziąć również odpowiedzialność za zapewnienie owadom różnorodnej i odpowiedniej bazy pokarmowej, tak aby pszczoły hodowlane nie ograniczały ilości pożywienia dostępnego dla dzikich zapylaczy. To jest realne do osiągnięcia – wymaga jednak budowania świadomości i edukacji wśród pszczelarzy.

 

 

Joanna Baran: Wiele roślin miododajnych, z których polscy pszczelarze pozyskują miód odmianowy jest roślinami inwazyjnymi. Pszczelarze kiedyś celowo sadzili robinię akacjową, niecierpka himalajskiego, rdestowca czy nawłoć kanadyjską. Do dziś miód akacjowy czy miód nawłociwy są poszukiwanymi i produkowanymi miodami. Jak można zmienić to przyzwyczajenie pszczelarzy do sadzenia roślin inwazyjnych i jak nakłonić ich do rezygnacji z sadzenia choćby robinii akacjowej? I z jakimi roślinami miododajnymi inwazyjnymi mamy dziś największy problem?

Mikołaj Siemaszko: Największy problem obserwujemy dzisiaj z nawłocią kanadyjską i nawłocią olbrzymią. Z jednej strony są to rośliny wprowadzane przez ludzi – w pasiekach, ogrodach, parkach – z drugiej strony coraz więcej dawnych terenów rolniczych czy działek jest w Polsce praktycznie porzuconych, a niestety w dużej mierze porastają je właśnie te gatunki. 

Uważam, że warto zachęcać właścicieli działek do regularnego koszenia tych terenów. Jeśli chodzi o pszczelarzy, myślę, że warto poszerzać ich perspektywę poprzez edukację. Trzeba uświadamiać, że na terenach porośniętych nawłocią przez cały rok nic innego nie rośnie. Co z tego, że pod koniec sezonu pszczelarskiego pszczelarze uzyskują duży pożytek i miód nawłociowy, skoro przez resztę sezonu mamy tam zieloną pustynię? Tam, gdzie dominuje nawłoć, nie rosną inne rośliny, które mogłyby wspierać zarówno pszczoły miodne, jak i dzikie zapylacze. 

Gdyby nawłoć została skoszona, a na jej miejscu powstała różnorodna łąka z rodzimymi roślinami, pszczoły i dzikie zapylacze miałyby stały dostęp do pokarmu od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Z perspektywy ekonomicznej łany nawłoci mogą wydawać się korzystne – przynoszą duży pożytek w krótkim czasie – ale z punktu widzenia zdrowia pszczół i zapewnienia zrównoważonego dostępu do pożytków dla wszystkich zapylaczy są wyjątkowo niekorzystne. 

Dlatego uważam, że każdy pszczelarz, który jest właścicielem działki czy innego terenu, powinien dbać o to, co na nim rośnie. Jeśli dominuje nawłoć – najlepiej ją skosić. W dłuższej perspektywie przyniesie to korzyść zarówno pszczołom miodnym, jak i dzikim zapylaczom. Po kilku latach taki teren stanie się różnorodną łąką, która zapewni stabilny, całosezonowy dostęp do rodzimych pożytków. Zdaję sobie sprawę, że rodzime rośliny nie są tak wysoko pyłkodajne i nektarodajne jak nawłoć, ale zapewniają stabilne i trwałe źródło pożytku, co jest kluczowe dla zdrowia całego ekosystemu.

 

 

Joanna Baran: Czy są jakieś konkretne rodzime rośliny, które polecałbyś pszczelarzom?

Mikołaj Siemaszko: Polecałbym przede wszystkim wszystkie rodzime rośliny. To one rosną u nas najlepiej i zapewniają pszczołom wartościowy pożytek. Trudno wskazać kilka konkretnych gatunków, ale jeśli miałbym już coś wybrać, to zwróciłbym uwagę na rośliny z rodziny motylkowatych, takie jak koniczyna czy komonica. 

Najlepszym rozwiązaniem, gdy pszczelarz chce zapewnić swoim pszczołom stałą i różnorodną bazę pożytków, jest inspirowanie się naturą. Warto wybrać się na łąkę – jedną, drugą – i przyjrzeć się, co tam rośnie naturalnie. W miarę możliwości można próbować odtworzyć taki zestaw roślin u siebie. Idealnie byłoby zebrać nasiona z tych łąk i wysiać je we własnym ogrodzie lub pasiece, choć wiem, że jest to praca czasochłonna. Alternatywnie można skorzystać z gotowych mieszanek nasion, które zawierają gatunki charakterystyczne dla lokalnych łąk. 

Oczywiście, trzeba pamiętać, że zakładanie takiej łąki wiąże się z kosztami – zakup nasion – ale inwestycja ta z czasem się zwróci, zarówno w postaci obfitego pożytku dla pszczół, jak i pięknej, naturalnej przestrzeni. 

Warto również myśleć o sadzeniu drzew pyłko- i nektarodajnych, takich jak rodzime lipy czy klony. Trzeba jednak pamiętać, że pożytek z drzew pojawia się dopiero po kilku latach. Z perspektywy zapylaczy doskonałym wyborem są wierzby, które dostarczają pyłku i nektaru we wczesnej wiośnie. Świetnie sprawdzą się też rodzime krzewy, które szybko rosną i kwitną, dostarczając pszczołom wartościowego pożytku.

Mikołaj Siemaszko przyrodnik

 

 

Joanna Baran: Jest bardzo dużo obecnie modnych działań "propszczelich". Pasy kwiatów między jezdniami dróg, zaniechanie koszenia, sianie łąk kwietnych, stawianie uli w miastach - które z nich są realnie korzystne dla zapylaczy, a które są działaniami pozorowanymi?

Mikołaj Siemaszko: Na pewno nie uważam za dobre bezmyślne stawianie pasiek w miastach, na dachach budynków, w imię „ratowania zapylaczy”. To po prostu pomyłka, a wręcz działanie szkodliwe dla środowiska. Podobnie sceptycznie patrzę na popularne domki dla zapylaczy. Była na to moda – każdy chciał mieć domek, który miał edukować i wspierać owady. Niestety rynek zalały różne konstrukcje, w których w zasadzie nic nie mieszka i często sprowadzane z Chin. 

Pasy kwietne między jezdniami długo były uważane za problematyczne, bo wiele owadów ginęło, próbując przemieścić się z jednego skraju drogi na drugi. Ostatecznie jednak przynoszą więcej korzyści niż szkód – warto to pamiętać.

Duży problem stanowi też kompulsywne koszenie. Od kilku lat mówi się, żeby nie kosić lub ograniczać koszenie, ale samo koszenie nie jest złe – pod warunkiem, że nie jest nadmiernie częste. Regularne, umiarkowane koszenie zapobiega nadmiernemu rozrastaniu się nawłoci czy innych roślin inwazyjnych. Problem w miastach polega na tym, że wszystko jest koszone jednocześnie, w jednym terminie. Z miast pełnych dzikich kwiatów nagle robią się przestrzenie pozbawione pożytku dla owadów – dla zapylaczy oznacza to praktycznie głodówkę. Dlatego rekomenduję koszenie mozaikowe, w różnym czasie i z różną częstotliwością. Tak można utrzymać różnorodność i zapewnić owadom stały dostęp do pożywienia. 

Podobnie jest z pasami kwietnymi dotowanymi przez ARiMR przy polach. W praktyce są one wspierane finansowo przez kilka lat, po czym rolnik może je zaorać. Przez ten czas powstaje tam mały ekosystem, który z dnia na dzień zostaje zlikwidowany. Jeśli stawiamy na niekoszone miedze czy fragmenty pól, powinny one pozostać na stałe. Oczywiście warto, by rolnicy mieli z tego wymierne korzyści finansowe – nagrodę za to, że pozwolili naturze zachować fragment swojego pola.

 

 

Joanna Baran: Często, gdy rozmawiamy, wspominasz o rozwiązaniach systemowych, odgórnych regulacjach ochrony przyrody przepisami, a z drugiej strony mocno działasz na poziomie oddolnym, poprzez budowanie świadomości, edukację - co Twoim zdaniem jest bardziej skuteczne?

Mikołaj Siemaszko: Nigdy nie będzie rozwiązań idealnych. Nawet jeśli powstaną systemowe regulacje i przepisy prawne opracowywane przez setki ekspertów przez wiele lat, zawsze pojawi się jakiś przypadek, który będzie wyjątkiem – sytuacja problematyczna, której nikt wcześniej nie przewidział. 

Znam też ludzką naturę. Ludzie często szukają sposobów „na skróty” i idą po zysk, nie zawsze zwracając uwagę na konsekwencje dla środowiska. Dlatego zdaję sobie sprawę, że czasami, bez odpowiednich rozwiązań systemowych, wprowadzanie realnych zmian na korzyść przyrody jest praktycznie niemożliwe – czasem potrzebne są przepisy i nawet sankcje, by coś naprawdę zaczęło działać. 

Oczywiście same regulacje to nie wszystko. Musi im towarzyszyć edukacja – ludzie powinni rozumieć, dlaczego wprowadzane są konkretne zmiany i przepisy. Edukacja wymaga czasu, a zmiana świadomości społecznej to proces trwający pokolenia. Tymczasem naturalne środowisko potrzebuje ochrony tu i teraz, więc trzeba łączyć działania systemowe z edukacją i praktycznymi inicjatywami, które od razu przynoszą korzyść przyrodzie. 

 

 

Joanna Baran: Często w naszej rozmowie wychodzi trochę tak, że pszczelarze i pszczelarstwo stoi w opozycji do bioróżnorodności, a interes pasieczników nie idzie w parze z dobrem przyrody. Z drugiej strony pszczelarze to często osoby bardzo wrażliwe na przyrodę, środowisko. Czy uważasz, że da się te dwa światy pogodzić? 

Mikołaj Siemaszko: Za największy problem w pogodzeniu interesów pszczelarzy i bioróżnorodności uważam tzw. „pszczelarstwo miejskie”. Przyznam, że czasem trudno mi nawet wypowiedzieć to słowo. Często te pasieki na dachach biurowców czy przy urzędach gmin to w gruncie rzeczy jedynie ładny obrazek, mający budować pijar firm, a nie wyraz realnej troski o przyrodę – w efekcie szkodzą, zamiast pomagać. To po prostu biznes i są ludzie, którzy na tej modzie zarabiają, nie mając żadnego zaangażowania w ochronę środowiska. 

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja prawdziwych pszczelarzy. Sam znam wielu z nich i są to osoby, które mają w sobie autentyczną troskę o przyrodę. Dbają nie tylko o swoje pszczoły, ale także o dzikie zapylacze. Szczególnie cenię pracę Jakuba Jarońskiego, który stworzył spis dobrych praktyk zatytułowany „Mniej znaczy więcej”, promujący zdroworozsądkowe podejście do pszczelarstwa. Pod tym dokumentem podpisało się wielu pszczelarzy, a jego przesłanie to jednoczesna troska o pszczołę miodną i dzikie zapylacze. 

W moich mediach czasem może pojawić się wrażenie, że antagonizuję. Chcę jednak podkreślić, że pszczelarz pszczelarzowi nierówny – znam zarówno zaangażowanych pasjonatów, jak i rolników-biznesmenów, dla których najważniejszy jest zysk. Sam mam wielu znajomych pszczelarzy, którzy przekazują mi ważne tematy do poruszenia, dane czy informacje o działaniach dużych koncernów i biznesów – i staram się o tym mówić. 

W praktyce interes dzikich zapylaczy i pszczelarstwo idą w parze, pod warunkiem że pszczelarstwo nie koncentruje się wyłącznie na zysku, lecz na dobru przyrody i zrównoważonej opiece nad owadami.

 

 

Joanna Baran: Jak mógłby wyglądać taki kompromis pomiędzy dobrem pszczelarzy, także towarowych a dobrem bioróżnorodności?

Mikołaj Siemaszko: Szczerze mówiąc, obawiam się, że kolejne kilka lat może być trudną drogą i niestety pojawi się wiele konfliktów. Dotychczas nie było żadnych ograniczeń – wszędzie można było stawiać pasieki, nie było regulacji dotyczących zagęszczenia pszczół. Najprawdopodobniej w przyszłości pojawią się przepisy, które będą regulować liczbę uli w zależności od zagęszczenia pszczoły miodnej na danym terenie. 

Problem polega na tym, że sama edukacja i ostrzeganie przed zbyt dużym zagęszczeniem rodzin pszczelich często daje odwrotny skutek. Pszczelarze czują się zagrożeni, a polskie rolnictwo jest bardzo wrażliwe na wszelkie regulacje. Przy każdej próbie wprowadzania nawet rozsądnie brzmiących przepisów pojawia się dyskusja o zagrożeniach ze strony Unii Europejskiej czy wątki polityczne. To z kolei utrudnia dialog i zabija możliwość porozumienia, zanim ono się realnie zacznie. 

Prawda jest taka, że jakiekolwiek ograniczenia dotyczące zagęszczenia rodzin pszczelich na danym obszarze spotkają się z dużym oporem i brakiem zrozumienia szerszego kontekstu problemu. Dlatego tak cenię dokument przygotowany przez Jakuba Jarońskiego – jest bardzo rozsądny i pokazuje zdroworozsądkowe podejście do pszczelarstwa. 

Uważam, że pewne ograniczenia powinny być wprowadzone już teraz – dotyczące zagęszczenia rodzin pszczelich czy używania chemii w pasiekach. Paradoksalnie, są to działania korzystne dla pszczoły miodnej, a w dłuższej perspektywie również dla samych pszczelarzy.

 

 

Joanna Baran: Czy są jakieś działania pro pszczele uwzględniające dzikich zapylaczy, sukcesy w ich realnej ochronie, które mogą być dla nas wzorem?

Mikołaj Siemaszko: Bardzo pozytywna i budująca jest historia Strzelnicy w Łukowie. W temat zostałem zaangażowany dzięki aktywności portalu Dzicy Zapylacze – skontaktowała się ze mną Kasia Rosiak-Stepa. Lokalny miłośnik przyrody, Przemek Laskowski zaobserwował na terenie starej, nieczynnej strzelnicy ogromną ilość dzikich zapylaczy, w tym pszczołę porobnicę paskowaną, która jest bardzo rzadkim gatunkiem i stała się symbolem tego miejsca. 

Wspierając Kasię i Przemka Laskowskiego, lokalnego przyrodnika, który odkrył to miejsce, udało się nam w 2023 roku ustanowić użytek ekologiczny na terenie strzelnicy. Największym atutem tego terenu są kulochwyty – nasypy ziemne zbudowane z piasku i iłu, idealne dla gniazdowania pszczół. Obszar jest niezwykle zróżnicowany pod względem roślinności: znajdują się tam małe oczka wodne z roślinami preferującymi stanowiska wilgotne, a także tereny suche z roślinami lubiącymi słońce i suchą glebę. To prawdziwy raj dla zapylaczy, które mogą spokojnie rozwijać się i zwiększać swoją populację. 

Obecnie, wraz z Fundacją Zielona Mrówka, tworzymy w tym miejscu rezerwat dla dzikich pszczół – pierwszy w Polsce dedykowany dzikim zapylaczom. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda się sfinalizować wszystkie formalności i Strzelnica w Łukowie stanie się oficjalnym rezerwatem dzikich pszczół.

 

 

Joanna Baran: W swoją działalność, w edukację wkładasz bardzo dużo energii - czy masz jakieś swoje marzenie związane z tą sferą?

Mikołaj Siemaszko: Chciałbym, aby nadszedł tydzień, w którym nie będę musiał zgłaszać żadnych nielegalnych sytuacji dotyczących zwierząt, drzew czy przyrody w ogóle. Tydzień bez informacji o wycinaniu, paleniu, truciu czy niszczeniu. Niestety, przed nami jako społeczeństwem długa droga. Wciąż brakuje w ludziach chęci i świadomości, by szanować przyrodę. Brakuje też skutecznych kar za jej niszczenie. 

Jako osoba, która regularnie zgłasza przestępstwa przeciwko środowisku, wiem, że wiele takich spraw jest bagatelizowanych – zamiatanych pod dywan, a w konsekwencji umarzanych. Dlatego marzę o tym, by ludzie mieli odpowiednią świadomość i szacunek do przyrody, a prawo działało sprawniej i skuteczniej. 

Nawet wczoraj miałem przykład, który pokazuje, jak daleko jeszcze jesteśmy od tego celu. Jadąc, natknąłem się na wycinkę drzew w okresie lęgowym ptaków, prowadzoną bez jakiejkolwiek świadomości wycinających, że taka działalność wymaga asysty ornitologa i nadzoru. 

Biorąc pod uwagę to, jak wygląda nasza działalność jako ludzi, wiem jedno – z pewnością nie będę się nudzić! :)

 

Siemaszko Mikołaj

BIO

Mikołaj Siemaszko, przyrodnik, edukator, publicysta i społecznik zaangażowany w ochronę przyrody, bioróżnorodności i relacji między gatunkami a środowiskiem. Zajmuje się m.in. ochroną mokradeł, dzikich zapylaczy, płazów, cennych siedlisk oraz problemem gatunków inwazyjnych. Łączy pracę terenową, działalność edukacyjną, popularyzację wiedzy i interwencje społeczne, pokazując, że skuteczna ochrona przyrody zaczyna się od rozumienia procesów, zależności i konsekwencji ludzkich działań. Jest członkiem Zespołu ds. Owadów Zapylających przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska, współpracuje z organizacjami społecznymi i angażuje się w działania na rzecz ochrony lokalnych ekosystemów. Prowadzi spacery, warsztaty, szkolenia i działania edukacyjne, w których łączy wiedzę naukową z przystępnym językiem i praktycznym spojrzeniem na ochronę przyrody.



Liczba wyświetleń artykułu: 846

Komentarze z forum pszczelarskiego

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu. Bądź pierwszy i weź udział w dyskusji!




  Współpracują z portalem:

Ewa Jarosz

Ewa Jarosz

autor przepisów kulinarnych i bloga dietetykwstolicy.blogspot.com

Dietetyk medyczny, blogerka kulinarna i amator fotografii. Uczy swoich pacjentów jak utrzymać zasady racjonalnego odżywiania czerpiąc przyjemność z jedzenia. Zaraża optymizmem i zdrowym podejściem do życia.

Pieczone owoce z miodem i płatkami owsianymi

Słodka sałatka z kurczakiem

Gruszkowo-jabłkowy mus szarlotkowy

Ernest Bryll

Ernest Bryll

Autor tekstów

Polski poeta, pisarz, autor tekstów piosenek, dziennikarz, tłumacz i krytyk filmowy. Właściciel strony bryll.pl

Modlitwa - Ernest Bryll

Łukasz Zabłocki

Łukasz Zabłocki

Autor tekstów

Właściciel dużego gospodarstwa pasiecznego w południowo-zachodniej Polsce.

Wpływ ciepłej zimy na rodziny pszczele