Portal Pszczelarski

Aneta Strachecka: Pozwólmy pszczołom po prostu żyć

wywiad z pszczelarzem Aneta Strachecka

„Pozwólmy pszczołom po prostu żyć”. O odporności, błędach w pasiekach i przyszłości pszczelarstwa – rozmowa z prof. dr hab. Anetą Strachecką

Pszczelarstwo w ostatnich latach znalazło się w punkcie zwrotnym. Z jednej strony pszczelarze mają do dyspozycji coraz więcej preparatów, biostymulatorów i nowoczesnych narzędzi wspierających prowadzenie pasieki. Z drugiej - rosnąca liczba chorób, presja pasożyta Varroa destructor, zmiany klimatyczne oraz ubożenie bazy pożytkowej sprawiają, że kondycja rodzin pszczelich w wielu miejscach budzi poważny niepokój. Coraz częściej pojawiają się pytania o to, czy współczesne pszczelarstwo nie ingeruje zbyt mocno w naturalne funkcjonowanie pszczół i czy droga oparta głównie na chemii rzeczywiście jest rozwiązaniem długoterminowym. 

Jednocześnie rozwój badań nad fizjologią pszczoły miodnej pokazuje, jak złożonym i wrażliwym organizmem jest pojedyncza pszczoła oraz cała rodzina pszczela. Naukowcy coraz dokładniej analizują rolę diety, mikroflory jelitowej, białek odpornościowych czy wpływu środowiska na zdrowie pszczół. Wyniki tych badań często prowadzą do wniosków, które mogą zmieniać codzienną praktykę pszczelarską - od sposobu dokarmiania, przez podejście do probiotyków, aż po metody walki z warrozą. 

O tym, jak łączyć świat badań naukowych z doświadczeniem pszczelarzy, dlaczego różnorodność pożytków jest kluczowa dla odporności pszczół, jakie zagrożenia mogą wynikać z nadmiernego stosowania preparatów w ulu oraz czy metody biotechniczne mogą stać się przyszłością walki z warrozą, opowiada prof. dr hab. Aneta Strachecka - biolog i badaczka zajmująca się fizjologią pszczoły miodnej.

 

Joanna Baran: Jest Pani autorką i współautorką kilkudziesięciu publikacji naukowych, w tym prac z listy JCR, a jednocześnie aktywnie współpracuje Pani ze środowiskiem pszczelarzy. Jak udaje się Pani łączyć te dwa światy?

Aneta Strachecka: Nauka bez praktyki, podobnie jak praktyka bez nauki, w gruncie rzeczy nie może istnieć. Te dwa światy wzajemnie się przenikają i uzupełniają. Wiele pomysłów na moje prace naukowe i projekty badawcze rodzi się właśnie podczas spotkań oraz rozmów z pszczelarzami. To oni bardzo często zwracają uwagę na problemy, które widać w codziennej pracy w pasiece, a które z perspektywy czysto akademickiej nie zawsze są od razu dostrzegalne. Dlatego ta współpraca jest dla mnie niezwykle cenna i inspirująca. 

Jako naukowcy często koncentrujemy się na zagadnieniach poruszanych w publikacjach innych badaczy, analizujemy wyniki wcześniejszych badań i staramy się rozwijać określone kierunki naukowe. To oczywiście bardzo ważna i naturalna przestrzeń rozwoju nauki. Jednocześnie mam świadomość, że nie wszystkie badania prowadzone w laboratoriach znajdują bezpośrednie przełożenie na praktykę pszczelarską. Ten pewien dystans między światem nauki a światem praktyki nie dotyczy zresztą wyłącznie pszczelarstwa - jest obecny w wielu dziedzinach.

Dlatego w swojej pracy staram się wyraźnie rozróżniać dwa nurty badań. Pierwszy z nich to nurt typowo naukowy, związany z poznawaniem biologii i fizjologii pszczół, często w bardzo specjalistycznym ujęciu. Przykładem może być projekt związany z wysyłaniem pszczół w kosmos, w ramach którego badamy ich fizjologię i zachowanie w warunkach pozaziemskich. To niezwykle interesujące badania z punktu widzenia nauki, jednak w obecnym momencie ich wyniki nie mają bezpośredniego zastosowania w codziennej praktyce pszczelarskiej. 

Drugi nurt mojej pracy to badania inspirowane właśnie doświadczeniami pszczelarzy i realnymi problemami pojawiającymi się w pasiekach. Uważam, że jako naukowcy powinniśmy aktywnie współpracować ze środowiskiem pszczelarskim i - obok projektów o charakterze czysto poznawczym - realizować również takie badania, których wyniki mogą realnie wpłynąć na sposób prowadzenia gospodarki pasiecznej. To właśnie te projekty często mają największą wartość dla praktyków, ponieważ mogą pomóc w rozwiązywaniu konkretnych problemów pojawiających się w codziennej pracy z pszczołami.

prof. dr hab. Aneta Strachecka

 

Joanna Baran: Co sprawiło, że właśnie pszczoły - spośród tak wielu fascynujących organizmów - stały się osią Pani badań naukowych i pasji, i czy po latach pracy wciąż potrafią Panią zaskakiwać?

Aneta Strachecka: Pszczoły zaskakują mnie nieustannie - właściwie przez cały czas, odkąd się nimi zajmuję. Rodziny pszczele były obecne w moim życiu niemal od zawsze. Mój dziadek był pszczelarzem, a dziś pasiekę prowadzi mój wujek. Ja również miałam w swoim życiu okres, kiedy prowadziłam własną pasiekę. Można więc powiedzieć, że pszczoły były naturalną częścią mojej codzienności i od najmłodszych lat były mi bardzo bliskie. 

Później rozpoczęłam studia na kierunkach biologia i chemia. Bardzo zależało mi na tym, aby pisać pracę dyplomową u profesora Grzywnowicza, który w swojej działalności naukowej zajmuje się biochemią grzybów. Muszę jednak przyznać, że same grzyby nie były dla mnie szczególnie pociągającym obiektem badań, dlatego poprosiłam o możliwość zajęcia się biochemią owadów. W ten sposób zaczęłam pisać pracę dotyczącą pszczół – i właściwie od tego momentu na dobre rozpoczęła się moja naukowa droga związana z tymi owadami. 

Na studia doktoranckie przyjął mnie natomiast profesor Paleolog. To właśnie on w dużej mierze zainspirował mnie do dalszego, już bardziej pogłębionego zajmowania się pszczołami i pokazał, jak fascynującym oraz złożonym obiektem badań może być pszczoła miodna.

 

 

Joanna Baran: Jak wyglądała ta gospodarka pasieczna w praktyce Pani rodziny oraz w pasiece uniwersyteckiej?

Aneta Strachecka: Ponieważ pszczoły były obecne w mojej rodzinie od zawsze, stanowiły naturalny element codziennego życia. Pamiętam jeszcze piękne, drewniane ule, które tworzyły niezwykły klimat pasieki rodzinnej. Jednak zarówno w pasiece prowadzonej przez mojego wujka, jak i w pasiece uniwersyteckiej, obecnie korzystamy z uli styropianowych. Najczęściej są to ule typu Dadant, które dziś uważane są za jedno z najbardziej praktycznych i funkcjonalnych rozwiązań stosowanych w nowoczesnym pszczelarstwie.

 

 

Joanna Baran: Często Pani podkreśla, że odporność pszczoły „bierze się z jej diety”. Jakie elementy diety są dziś najsłabszym ogniwem w polskich pasiekach - i dlaczego?

Aneta Strachecka: Dieta współczesnych pszczół w Polsce często jest niezbilansowana i niestety odbiega od naturalnego cyklu pożytkowego, jaki kiedyś występował w przyrodzie. Dawniej mieliśmy do dyspozycji pożytki wczesnowiosenne, następnie wiosenne, letnie i jesienne, co zapewniało pszczołom zróżnicowany i regularny dostęp do pokarmu w ciągu całego sezonu. Obecnie jednak obserwujemy coraz większe zaburzenia w tym naturalnym rytmie, głównie wynikające ze zmian klimatycznych. Coraz częściej zdarzają się niezwykle ciepłe, gwałtowne wiosny, w czasie których wiele roślin zaczyna kwitnąć niemal jednocześnie. Ten wiosenny „wybuch” kwitnienia bywa nagle przerywany przez przymrozki w maju. Co więcej, dziś nie mamy już tylko pojedynczych dni z nocnymi spadkami temperatury poniżej zera – obserwujemy dłuższe i silniejsze fale mrozów. W efekcie po tym przymrozkowym okresie pszczoły często pozostają bez dostępu do pokarmu aż do czerwca, gdy zaczyna kwitnąć akacja i lipa. 

Z kolei od lipca coraz częściej obserwujemy susze, które ograniczają kwitnienie roślin i prowadzą do tzw. głodu w sezonie. Paradoksalnie, nawet w czasie letniej obfitości pokarmu, pasieki mogą doświadczać niedoborów – po prostu dlatego, że susza ogranicza ilość kwitnących roślin. W rezultacie mamy obecnie kilka intensywnych pożytków w ciągu sezonu, a między nimi pojawiają się przerwy, w których pszczoły pozostają bez naturalnego źródła pokarmu. 

Takie warunki zmuszają rodziny pszczele do wcześniejszego przygotowywania się do zimowli. Niestety, i tu pojawiają się kolejne problemy związane z pogodą. Coraz częściej zdarzają się fale ciepła we wrześniu i październiku, kiedy temperatura powinna spadać, a pszczoły zimowe powinny spokojnie przygotowywać się do spoczynku. W tych warunkach robotnice zaczynają latać na jesienne pożytki, takie jak pojedyncze kwitnące bluszcze czy późna nawłoć. Taka aktywność, choć naturalna, nadmiernie eksploatuje pszczoły, które w konsekwencji nie są w stanie przetrwać zimy i doczekać wiosny. 

Często pszczelarze zgłaszają się do nas z pytaniem, dlaczego ich rodziny osypują się na wiosnę, mimo że w zimie wyglądały zdrowo i miały odpowiednie zapasy pokarmu. Najczęściej przyczyną jest właśnie wcześniejsze zużycie zapasów zgromadzonych w ciele tłuszczowym robotnic, spowodowane nadmierną aktywnością jesienią. Co więcej, zdarzają się przypadki, że pszczelarze decydują się na odwirowanie jesiennego miodu, nawet w późnym październiku czy listopadzie. Takie działanie jest praktycznie wyrokiem dla rodziny pszczelej. Nie tylko nadmiernie eksploatuje pszczoły zimowe, które powinny przygotowywać się do spoczynku, ale dodatkowo zaburza naturalny rytm wejścia w zimowlę, co zwiększa ryzyko osypania się rodziny i jej osłabienia przed nadejściem wiosny.

 

 

Joanna Baran: Czy z punktu widzenia fizjologii pszczoły gorszy jest niedobór pokarmu, czy jego monotonia (np. długotrwały jeden pożytek)?

Aneta Strachecka: Zdecydowanie trudniejsze dla pszczół są okresy głodu, kiedy naturalne pożytki są ograniczone lub ich całkowicie brak. W takich sytuacjach pszczelarze często decydują się na dokarmianie rodzin pszczelich, najczęściej podając im syrop cukrowy lub ciasto cukrowe. Choć te substancje dostarczają pszczołom niezbędnej energii w postaci węglowodanów, niewielu pszczelarzy decyduje się na uzupełnienie dokarmiania o pyłek roślinny. A jest to kluczowe, ponieważ w naturalnym cyklu, gdy nie ma nektaru, zwykle brakuje też pyłku – głównego źródła białka i niezbędnych aminokwasów.

Pszczoły potrzebują zarówno węglowodanów, aby mieć energię do lotu i wykonywania codziennych zadań w ulu, jak i białka, które pochodzi przede wszystkim z pyłku, do budowy i utrzymania własnego ciała oraz do prawidłowego rozwoju larw. Dokarmianie samym syropem cukrowym zapewnia więc jedynie „zastrzyk energetyczny”, który nie wspiera mechanizmów odpornościowych pszczół. Aby zbudować prawidłową odporność, pszczoły muszą mieć dostęp do pełnowartościowego białka i aminokwasów zawartych w pyłku, który wpływa na funkcjonowanie ich układu immunologicznego. 

Dlatego, choć może wydawać się to paradoksalne, w sytuacjach niedoboru naturalnych pożytków lepsza dla pszczół jest monodieta niż całkowity brak pokarmu. Nawet jeśli pożytek jest jednostronny, pozwala owadom zachować energię i przeżyć trudny okres, w przeciwieństwie do całkowitego głodu, który może prowadzić do osłabienia rodzin i utraty odporności.

 

 

Joanna Baran: Na ile pszczelarz jest dziś w stanie realnie „naprawić” dietę pszczół, a na ile jest skazany na jakość środowiska wokół pasieki? I jakie działania może podejmować, by poprawić jakość i różnorodność pokarmu?

Aneta Strachecka: Radziłabym pszczelarzom, aby regularnie przeprowadzali inwentaryzację przyrodniczą w okolicy swoich pasiek. Warto, by mieli świadomość, jakie warunki panują wokół uli, ponieważ to bezpośrednio wpływa na dostępność pożytków dla pszczół. Zakres takiej obserwacji powinien obejmować teren w promieniu około 2 kilometrów od pasieki – to obszar, w którym pszczoły najintensywniej zbierają nektar i pyłek. 

Dobrym nawykiem jest notowanie, jakie rośliny kwitną w danym czasie i kiedy przypada ich okres kwitnienia. Jeśli w otoczeniu pasieki brakuje różnorodnych gatunków roślin, to można wspomóc pszczoły poprzez wysianie poplonu, na przykład gorczycy, lub małego poletka facelii. Takie działania są uzupełnieniem naturalnej różnorodności. 

Sytuacja jest znacznie trudniejsza, gdy w pobliżu pasieki występuje jedynie jeden dominujący pożytek i nie ma innych kwitnących roślin w okresach pomiędzy jego kwitnieniem. Często zdarza się, że pasieki znajdują się na obszarach niemal pozbawionych różnorodności roślinnej, takich jak zielone pustkowia trawne. Innym przykładem są pasieki otoczone wyłącznie jednym masowym pożytkiem, na przykład rzepakiem czy lipą, a poza tym w okolicy rosną tylko trawy. W takich przypadkach pszczoły mają ograniczony dostęp do niezbędnego pyłku i nektaru w różnych okresach sezonu, co może znacząco wpływać na ich zdrowie i rozwój rodzin pszczelich.

 

 

Joanna Baran: Czy są jakieś rośliny miododajne, o których wiemy, że lepiej wpływają na odporność pszczół i dlaczego?

Aneta Strachecka: Z perspektywy naukowej jedną z najkorzystniejszych roślin dla pszczół jest facelia. Wyniki wielu badań, które prowadziłam wraz z doktorantami oraz w ramach realizowanych grantów badawczych, jednoznacznie wskazują, że spośród wszystkich pożytków, które analizowaliśmy, facelia ma największy wpływ na budowanie odporności pszczół. W naszych badaniach porównywaliśmy wpływ różnych pyłków roślin na zdrowie i kondycję pszczół. We wszystkich testach pszczoły, które pobierały pyłek facelii, wykazywały najwyższą odporność oraz lepszą ogólną kondycję, zarówno w zakresie zdolności przetrwania zimy, jak i w utrzymaniu aktywności w sezonie. 

Taka wyjątkowa wartość facelii wynika z jej unikalnego składu. Pyłek tej rośliny jest niezwykle bogaty w witaminy, aminokwasy oraz inne substancje bioaktywne, które są niezbędne do prawidłowego rozwoju pszczół i wzmacniania ich odporności. Co równie ważne, pyłek facelii jest stosunkowo łatwy do strawienia i przyswojenia przez pszczoły. Rozbicie ziaren pyłku i pozyskanie z nich składników odżywczych nie wymaga od pszczół dużego nakładu energii, dzięki czemu mogą one efektywniej wykorzystywać pobrany pokarm. 

Dla porównania, wiele innych pyłków, choć w laboratoriach wykazuje wysoką wartość odżywczą i bogactwo substancji potrzebnych do budowania odporności, w praktyce bywa trudne do przyswojenia przez pszczoły. Twarde i grube ściany ziaren pyłku utrudniają owadom dostęp do wartościowych składników. W efekcie koszty energetyczne związane z ich przetworzeniem są na tyle wysokie, że mogą negatywnie wpływać na kondycję rodziny pszczelej, ograniczając korzyści z samego pyłku. 

Dlatego pyłek facelii jest naprawdę wyjątkowy – nie tylko ze względu na bogactwo składników odżywczych, ale również dzięki łatwości, z jaką pszczoły mogą je pobrać i wykorzystać. Z naukowego punktu widzenia można powiedzieć, że facelia łączy w sobie najwyższą wartość biologiczną z efektywnością energetyczną dla pszczół, co czyni ją jednym z najważniejszych pożytków, które można zapewnić rodzinom pszczelim w okresach niedoboru innych roślin. Regularne wprowadzanie facelii w pobliżu pasiek może więc znacząco wspierać zdrowie pszczół i stabilność rodzin pszczelich w dłuższej perspektywie.

 

 

Joanna Baran: Zatem który z popularnych polskich pożytków jest trudny dla pszczół, biorąc pod uwagę budowę pyłku i budowanie odporności?

Aneta Strachecka: Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy istnieje pożytek, który byłby całkowicie niekorzystny dla pszczół. Każda roślina wnosi bowiem coś wartościowego do ich diety, a kluczowym elementem pozostaje zawsze różnorodność pożytków. Wśród pszczelarzy pojawia się jednak opinia, że gryka stanowi trudny pożytek w okresie zimowym. Wielu z nich podkreśla, że zimowla na gryce wymaga szczególnej uwagi i może być wyzwaniem. Tymczasem nasze badania laboratoryjne wykazały, że pyłek gryki należy do jednych z najbogatszych i najbardziej wartościowych pożytków, szczególnie dla pszczół letnich. Warto więc zawsze zwracać uwagę na to, dla jakiego pokolenia pszczół dany pożytek jest analizowany. 

Co może wydawać się zaskakujące, nawet rośliny uznawane za potencjalnie nieprzydatne w pasiece, a w szczególności rośliny wiatropylne, mogą dostarczać pszczołom niezwykle cennego pyłku. Ich znaczenie wynika z bogactwa mikro- i makroelementów, które są często deficytowe w diecie pszczół. W naturalnych warunkach rodziny pszczele uzupełniają te składniki z wody, a czasem także z gnojowicy. Nasze badania pokazują jednak, że również rośliny wiatropylne stanowią istotne źródło tych cennych substancji. Ma to szczególne znaczenie w okresie wczesnowiosennym, kiedy rozwój rodzin pszczelich jest najbardziej intensywny. Pyłek pozyskiwany z takich roślin okazuje się nieoceniony dla wiosennego wzrostu i kondycji pszczół. Dlatego sadzenie leszczyny w pobliżu pasiek może okazać się prawdziwym skarbem dla pszczelarza, stanowiąc cenne uzupełnienie diety jego rodzin pszczelich.

 

 

Joanna Baran: Czy każda ingerencja w mikroflorę jelit pszczoły jest potencjalnie ryzykowna, nawet jeśli odbywa się pod hasłem „probiotyk”?

Aneta Strachecka: Probiotyki to temat bardzo złożony i trudny. Z jednej strony mogą wydawać się korzystne dla pszczół – niewinne i bezpieczne – jednak w rzeczywistości budzą wiele kontrowersji. Głównym problemem jest to, że większość probiotyków dedykowanych pszczołom, dostępnych obecnie na rynku, nie zawiera mikroflory pochodzącej bezpośrednio z przewodu pokarmowego pszczoły miodnej. Paradoksalnie, wiele z tych preparatów pochodzi z roślin lub od innych zwierząt. Choć same probiotyki mogą wydawać się korzystne, podawanie pszczołom bakterii pochodzących z innych źródeł niesie ze sobą ryzyko dla zdrowia rodziny pszczelej. Dlatego zalecałabym ostrożność i niepodawanie probiotyków profilaktycznie, jeśli rodzina pszczela jest zdrowa i nie wykazuje żadnych problemów.

Zdrowa pszczoła miodna posiada naturalne mechanizmy, które pozwalają jej uzupełnić mikroflorę w sposób samodzielny. Jeśli organizm potrzebuje określonych mikroorganizmów, pszczoły same wybiorą odpowiednie rośliny, a nawet pobiorą substancje z gnojowicy, sadzawki itp., aby dostarczyć sobie niezbędnych bakterii i innych składników. Ich potrzeby w tym zakresie są precyzyjnie regulowane przez instynkt i naturalne zachowania. 

Probiotyki warto rozważać wyłącznie w ramach interwencji, gdy rodzina pszczela jest osłabiona lub pojawiają się objawy wskazujące na problemy zdrowotne, takie jak biegunki czy inne alarmujące symptomy. W takich sytuacjach preparaty mogą pełnić funkcję wsparcia i przyczynić się do odbudowy zdrowej mikroflory przewodu pokarmowego. 

 

 

Joanna Baran: Jakie są największe błędy w stosowaniu probiotyków w pasiekach, które Pani obserwuje z perspektywy badań naukowych? 

Aneta Strachecka: W praktyce pszczelarskiej obserwuje się kilka powtarzających się błędów związanych z podawaniem probiotyków. Przede wszystkim problemem jest stosowanie substancji niesprawdzonych – takich, które formalnie są dedykowane pszczołom, ale w rzeczywistości nie odpowiadają mikroflorze naturalnie występującej w przewodzie pokarmowym pszczoły miodnej. Kolejnym istotnym zagrożeniem jest nadużywanie probiotyków. Ponieważ preparaty te wydają się naturalne, bezpieczne i „oswojone”, pszczelarze często podają je pszczołom bez wyraźnej potrzeby i bez umiaru.

Tymczasem intensywne stosowanie probiotyków w sytuacjach, gdy nie ma realnej potrzeby, może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast wspierać zdrowie rodziny pszczelej, sztuczna mikroflora wprowadzana do przewodu pokarmowego konkuruje z naturalną florą bakteryjną. Proces ten prowadzi do wyjałowienia organizmu pszczoły, osłabia naturalną odporność owadów i zaburza ich fizjologię. 

Skutkiem takich zaburzeń jest zmiana mikroflory jelitowej pszczół. Zastąpienie naturalnej flory sztuczną kompozycją może prowadzić do problemów z trawieniem, a w konsekwencji utrudnia wchłanianie niezbędnych substancji odżywczych. Zaburzenia te mają realny wpływ na fizjologię pszczół i mogą osłabiać funkcjonowanie całej rodziny pszczelej. 

Dodatkowym wyzwaniem jest brak badań długofalowych, które jednoznacznie określałyby skutki podawania zewnętrznych preparatów, takich jak probiotyki, na kondycję rodzin pszczelich w perspektywie wieloletniej. W związku z tym istnieje pilna potrzeba prowadzenia systematycznych, wieloletnich badań nad stosowaniem probiotyków dla pszczół, aby móc bezpiecznie i skutecznie wspierać ich zdrowie.

 

 

Joanna Baran: Związki takie jak kofeina, kurkumina czy piperyna budzą emocje. Gdzie kończy się sensowna biostymulacja, a zaczyna fizjologiczne przeciążenie pszczoły? 

Aneta Strachecka: Związki te wykazują bardzo silne właściwości antyoksydacyjne. Dzięki temu mogą pobudzać organizm pszczoły do wytwarzania białek odpornościowych, a tym samym wspierać funkcjonowanie układu immunologicznego i podnosić ogólną odporność rodziny pszczelej. Na pierwszy rzut oka wydaje się więc, że mają one wyłącznie pozytywny wpływ na kondycję pszczół. Warto jednak pamiętać, że – jak w wielu przypadkach w biologii – istnieje również druga strona medalu. 

W ostatnich latach wśród pszczelarzy można zauważyć wyraźną „modę” na kupowanie i stosowanie biostymulatorów w pasiekach. Preparaty te bywają podawane pszczołom regularnie, czasem wręcz w sposób ciągły. Tymczasem takie postępowanie, zamiast przynosić korzyści, może okazać się szkodliwe. Każda obca substancja wprowadzana do ula, zwłaszcza w nadmiarze i bez wyraźnej potrzeby, może zaburzać naturalną równowagę funkcjonowania organizmu pszczół. 

Dlatego niezwykle ważne jest, aby wiedzieć, kiedy rzeczywiście warto sięgnąć po biostymulatory. Istnieją bowiem konkretne sytuacje, w których ich zastosowanie może być uzasadnione. Dotyczy to przede wszystkim momentów, gdy widzimy, że rodzina pszczela wyraźnie słabnie lub gdy jej rozwój wiosenny jest opóźniony. W takich przypadkach podanie biostymulatora może zadziałać jak swoisty „zastrzyk” cennych substancji, pobudzić rodzinę do intensywniejszego rozwoju i wesprzeć funkcjonowanie układu odpornościowego. 

Sama idea stosowania takich preparatów jest więc słuszna, jednak w praktyce wymaga dużej rozwagi. Z podawaniem obcych substancji do ula zawsze trzeba postępować ostrożnie i z umiarem. 

Zdarza się nam w laboratorium, że kontaktują się z nami zaniepokojeni pszczelarze, którzy obserwują nagłe osypanie się dotychczas silnej rodziny pszczelej. Przywożą lub przesyłają do badań próbki martwych owadów. W pierwszej kolejności wykonujemy badania w kierunku najczęstszych chorób – takich jak nosemoza, zgnilec czy różne infekcje wirusowe. Niekiedy jednak wyniki tych badań są negatywne. Wówczas próbki kierowane są do analiz toksykologicznych i zdarza się, że ostateczną przyczyną śmierci pszczół okazuje się zatrucie właśnie biostymulatorami.

 

 

Joanna Baran: Jak pszczelarz może odróżnić preparat oparty na realnych podstawach biologicznych od produktu czysto marketingowego?

Aneta Strachecka: Obecnie liczba produktów przeznaczonych dla pszczół jest naprawdę ogromna. Rynek ten rozwija się bardzo dynamicznie i z roku na rok pojawia się coraz więcej preparatów oferowanych pszczelarzom. W tej sytuacji coraz trudniej odróżnić rzeczywiście dobry produkt od po prostu dobrze przygotowanej reklamy.

Dlatego pszczelarze, którzy rozważają zakup probiotyków czy biostymulatorów do swojej pasieki, powinni przede wszystkim bardzo uważnie czytać etykiety preparatów. Warto również zajrzeć na stronę producenta i sprawdzić, jakie badania zostały rzeczywiście przeprowadzone na pszczołach. Niestety często zdarza się, że producenci deklarują czystość, bezpieczeństwo czy skuteczność swoich preparatów na podstawie krótkich i dość powierzchownych badań. Z dostępnych informacji nie zawsze wynika jasno, jaki był realny wpływ tych preparatów na pszczoły.
W wielu przypadkach trudno ustalić, co dokładnie zostało zbadane i w jaki sposób przeprowadzono testy. Nie zawsze wiadomo, czy prowadzono badania w warunkach pasiecznych, czy sprawdzano wpływ preparatu na fizjologię pszczół, funkcjonowanie ich przewodu pokarmowego lub ogólną kondycję całych rodzin pszczelich. To bardzo istotne kwestie, ponieważ dopiero takie kompleksowe badania mogą dać wiarygodną odpowiedź na pytanie o bezpieczeństwo i skuteczność danego środka. 

W efekcie mamy dziś sytuację, w której preparatów dedykowanych pszczołom jest na rynku bardzo dużo, natomiast tych naprawdę dobrze przebadanych i sprawdzonych w praktyce wciąż brakuje. Zdarza się więc, że pszczelarze – kierując się reklamą lub obietnicami producentów – podają swoim pszczołom środki, które nie zostały odpowiednio zweryfikowane. Niestety w takich przypadkach zamiast pomóc rodzinie pszczelej, można jej nieświadomie zaszkodzić. 

Osobiście, jako pszczelarz, nie zdecydowałabym się podać swoim pszczołom substancji, które nie zostały dokładnie przebadane bezpośrednio na pszczołach i na całych rodzinach pszczelich. W tak wrażliwym systemie biologicznym, jakim jest rodzina pszczela, ostrożność i opieranie się na rzetelnych badaniach powinny być zawsze podstawą podejmowanych decyzji.

 

 

Joanna Baran: Jeszcze trudniejszą kwestią niż probiotyki czy biostymulatory, które możemy podać, ale nie musimy, są leki. W szczególności ostatnio wiele mówi się o negatywnym wpływie akarycydów używanych do zwalczania warrozy w ulach na środowisko w ulu i samą pszczołę miodną. Jak leki używane w pasiekach wpływają na pszczoły i ich odporność? 

Aneta Strachecka: Mówiąc najprościej, można odnieść wrażenie, że w pewnym sensie doszliśmy do ściany. W Polsce akarycydy są stosowane w walce z warrozą od około 1980 roku, czyli już ponad 45 lat. Po tak długim okresie używania obserwujemy jednak wyraźny spadek ich skuteczności. Wynika to z kilku przyczyn, z których najważniejszą jest rosnąca oporność roztocza Varroa destructor na stosowane substancje czynne, zwłaszcza amitrazę. 

Czasami określam to zjawisko mianem „małej ewolucji”. Procesy adaptacyjne tego pasożyta są naprawdę imponujące. Roztocz wypracował nowe strategie przetrwania w organizmie gospodarza. Jedną z nich jest zmiana sposobu bytowania na ciele pszczoły. Do niedawna warroza przebywała głównie na powierzchni kutikuli, czyli zewnętrznego pancerza owada. Obecnie jednak coraz częściej obserwuje się, że potrafi ona wsuwać się pod pancerz pszczoły, znajdując tam skuteczne schronienie przed działaniem akarycydów. Wciska się pomiędzy segmenty odwłoka – między tergity lub sternity – gdzie jest znacznie trudniej dostępna dla substancji stosowanych w leczeniu. 

Ta zmiana zachowania ma jeszcze jeden istotny skutek. Gdy roztocz ukrywa się pod pancerzem pszczoły, uzyskuje znacznie łatwiejszy dostęp do pokarmu, czyli do tkanek gospodarza. Wcześniej musiał przebijać się przez stosunkowo twardą kutikulę pszczoły, co stanowiło dla niego spory wydatek energetyczny. Obecnie, gdy wciska się pod pancerz, do pokonania pozostaje jedynie bardzo cienka błona międzysegmentalna – można powiedzieć, że ma ona grubość zbliżoną do łuski cebuli. Dzięki temu pasożyt może żerować znacznie łatwiej i bez większego wysiłku, a w konsekwencji wyrządzać w organizmie pszczoły więcej szkód niż wcześniej. 

Kolejnym poważnym problemem jest zdolność roztocza do neutralizowania stosowanych akarycydów. Z biegiem czasu wykształcił on mechanizmy biochemiczne, które pozwalają mu rozkładać substancje toksyczne. Uruchamia całe zestawy enzymów detoksykacyjnych, dzięki którym związki chemiczne stosowane do jego zwalczania mogą być rozkładane do znacznie prostszych i mniej szkodliwych form. W praktyce oznacza to, że substancja, która powinna być dla pasożyta toksyczna, przestaje spełniać swoją funkcję. Co istotne, pszczoły miodne nie wykształciły porównywalnie skutecznych mechanizmów obronnych wobec tych samych związków chemicznych. 

Dodatkowo obserwujemy pewien powtarzalny schemat. Za każdym razem, gdy pojawia się nowy środek do zwalczania warrozy, początkowo jego skuteczność jest wysoka. Jednak w ciągu roku lub dwóch od rozpoczęcia jego powszechnego stosowania zaczyna być widoczny stopniowy spadek efektywności. W tym samym czasie u roztocza rozwijają się mechanizmy odpornościowe i adaptacyjne, które pozwalają mu przystosować się do nowego środka. W efekcie naukowcy i pszczelarze znajdują się w pewnego rodzaju wyścigu z "ewolucją" tego pasożyta.

 

 

Joanna Baran: Dlaczego Varroa destructor tak szybko uczy się neutralizować wymyślane przez ludzi środki do zwalczania go?

Aneta Strachecka: Varroa destructor dysponuje niezwykle sprawnym układem odpornościowym. Szacuje się, że jest on nawet około 60 razy silniejszy niż układ odpornościowy pszczoły. To właśnie dlatego tak trudno jest znaleźć substancję czynną, która byłaby skuteczna wobec roztocza, a jednocześnie bezpieczna dla pszczół. W praktyce oznacza to bardzo wąską granicę pomiędzy dawką, która działa na pasożyta, a tą, która mogłaby zaszkodzić samym pszczołom. 

Kolejnym problemem jest fakt, że w pewnym sensie sami pszczelarze przyzwyczaili tego pasożyta do stosowanych środków zwalczających. Większość preparatów używanych w walce z warrozą, w tym amitraza, cechuje charakter lipofilowy. Oznacza to, że substancje te bardzo łatwo rozpuszczają się w tłuszczach i dlatego odkładają się w wosku pszczelim. A z wosku pszczelego praktycznie nie jesteśmy w stanie ich usunąć. 

W realiach gospodarki pasiecznej nie ma możliwości skutecznego „rozcieńczenia” czy pozbycia się nagromadzonych w nim akarycydów. Wosk krąży w obiegu pasiecznym przez wiele lat – jest przetapiany, ponownie wykorzystywany w węzie, wraca do uli – a wraz z nim krążą także pozostałości stosowanych wcześniej substancji chemicznych. W efekcie w wosku pszczelim obecne są akarycydy, a ich stężenie z czasem może się stopniowo zwiększać.

Dodatkowo do tego środowiska wprowadzane są kolejne preparaty – na przykład paski z substancjami czynnymi stosowanymi w leczeniu warrozy. W rezultacie roztocz przez długi czas ma kontakt z niewielkimi dawkami różnych związków chemicznych. Taka stała ekspozycja sprzyja procesom adaptacyjnym. Pasożyt uczy się funkcjonować w obecności tych substancji i z czasem wytwarza coraz silniejszą oporność na środki, które miały go zwalczać. W ten sposób tworzy się błędne koło, w którym skuteczność kolejnych preparatów stopniowo maleje.

 

 

Joanna Baran: Jak z tą chemią, którą wprowadzamy do uli, dla dobra pszczół, radzą sobie pszczoły? 

Aneta Strachecka: W chwili obecnej pszczoły jeszcze sobie radzą. Natomiast pytanie jak długo. Akarycydy osłabiają ich układ odporonościowy i mechanizmy obronne. Dlatego coraz więcej badaczy, w tym również ja, skłaniamy się do tego, że jedyną rozsądną drogą jest przejście na metody biotechniczne.

 

 

Joanna Baran: Jak metody biotechniczne wpływają na rodzinę pszczelą, na odporność pszczół i fizjologię?

Aneta Strachecka: Potrzebę wprowadzania metod biotechnicznych w zwalczaniu warrozy podkreśla w swoich pracach prof. Krzysztof Olszewski. Coraz częściej wskazuje się, że w nowoczesnym pszczelarstwie warto wracać do pewnych rozwiązań stosowanych już wcześniej – zwłaszcza do sposobów gospodarowania znanych z lat 80., kiedy w Polsce pojawiła się warroza, a dostęp do akarycydów był bardzo ograniczony. 

W tamtym okresie pszczelarze byli w dużej mierze zmuszeni do stosowania metod bezczerwiowych i różnego rodzaju rozwiązań biotechnicznych. Jedną z nich było tworzenie tak zwanych pułapek na warrozę. Polegało to na umieszczeniu matki w izolatorze wraz z plastrem, na którym mogła ona czerwić. Roztocz, kierując się zapachem rozwijającego się czerwiu, podążał za nim i koncentrował się właśnie w tym miejscu. W odpowiednim momencie taki plaster z czerwiem był usuwany i utylizowany, dzięki czemu jednocześnie usuwano znaczną część pasożytów z rodziny pszczelej. 

Obecnie dostępne są także nowocześniejsze rozwiązania biotechniczne, na przykład różne typy izolatorów, które pozwalają kontrolować i czasowo ograniczać czerwienie matki. Takie działania prowadzą do powstania okresu bezczerwiowego w rodzinie pszczelej. Właśnie wtedy można zastosować leczenie, na przykład przy użyciu kwasu szczawiowego. W sytuacji, gdy w ulu nie ma czerwiu, roztocze Varroa destructor nie ma gdzie się ukryć ani na czym żerować w stadium rozwojowym, dlatego jego zwalczanie staje się znacznie skuteczniejsze i pasożyty łatwiej się osypują. 

W mojej ocenie metody biotechniczne mają ogromny potencjał i mogą stać się jednym z najważniejszych kierunków rozwoju współczesnego pszczelarstwa. Pozwalają ograniczyć ilość chemii wprowadzanej do ula, a jednocześnie wykorzystują naturalne mechanizmy biologii rodziny pszczelej. W dłuższej perspektywie mogą więc odegrać bardzo ważną rolę w bardziej zrównoważonym i bezpiecznym zwalczaniu warrozy. 

 

 

Joanna Baran: Czy dzięki metodom biotechnicznym pszczoła jest w stanie wrócić do swojej naturalnej odporności? 

Aneta Strachecka: Tak, choć muszę przyznać, że na początku sama nie do końca w to wierzyłam. Jedne z pierwszych badań, jakie miałam okazję prowadzić na pszczołach, bardzo mnie jednak zaskoczyły i pokazały, że kiedyś owady te prawdopodobnie charakteryzowały się znacznie większą odpornością niż obecnie. 

Kiedy rozpoczynałam doktorat u profesora Jerzego Demetraki-Paleologa, pracę zaczynałam od analizy próbek pszczół przechowywanych w zamrażarkach. Były to materiały zebrane wiele lat wcześniej. Pierwszy etap mojego doktoratu polegał więc właśnie na przebadaniu tych archiwalnych próbek i porównaniu ich z pszczołami, które w tym samym czasie utrzymywaliśmy w pasiece uniwersyteckiej. 

Wyniki okazały się bardzo zaskakujące. Pszczoły pochodzące z zamrażarek, czyli z wcześniejszych lat, wykazywały wyraźnie wyższą odporność. Ich układ immunologiczny był sprawniejszy o około 20–40% w porównaniu z pszczołami współczesnymi. Warto przy tym podkreślić, że część tych próbek pochodziła z okresu, gdy w praktyce pszczelarskiej nie stosowano jeszcze powszechnie akarycydów. Analizy pokazały również, że w organizmach tych pszczół występowało więcej białek odpornościowych niż u współczesnych pszczół, które regularnie mają kontakt z amitrazą lub innymi substancjami chemicznymi stosowanymi w zwalczaniu roztocza Varroa destructor. 

To było jedno z pierwszych spostrzeżeń, jakie pojawiło się w trakcie mojego doktoratu. Kolejne badania prowadzone w pasiekach wskazywały na podobną tendencję – układ immunologiczny pszczół miodnych w Polsce wydaje się z czasem słabnąć, a same rodziny pszczele stają się coraz bardziej podatne na różnego rodzaju choroby: wirusowe, bakteryjne czy grzybicze. 

Widząc te zależności, postanowiliśmy około ośmiu lat temu spróbować innego podejścia. Do kilku rodzin wprowadziliśmy izolatory i rozpoczęliśmy testy metod biotechnicznych. Inicjatorem tych działań był profesor Krzysztof Olszewski. Na początku były to próby prowadzone na niewielkiej liczbie rodzin, a równolegle prowadziliśmy szczegółowe badania laboratoryjne – między innymi analizowaliśmy poziom białek odpornościowych u pszczół. Wyniki porównywaliśmy z próbkami pochodzącymi z uli, w których stosowano tradycyjne leczenie akarycydami. 

Początkowo mieliśmy wrażenie, że wszystko jakby się zatrzymało. Zmiany nie były widoczne od razu i przez pierwsze lata trudno było jednoznacznie ocenić efekty. Jednak po około siedmiu latach sytuacja zaczęła się wyraźnie zmieniać. Obecnie widzimy, że pszczoły w naszych rodzinach, w których nie stosujemy akarycydów, charakteryzują się bardzo wysoką odpornością. Do tego stopnia, że zaczynamy mieć... problemy badawcze. W praktyce okazuje się bowiem, że trudno jest nam eksperymentalnie zakazić te pszczoły różnymi patogenami. Ich organizmy bardzo dobrze radzą sobie z wirusami, bakteriami czy grzybami, skutecznie ograniczając rozwój infekcji. 

Te obserwacje skłaniają mnie do wniosku, że w walce z warrozą prawdopodobnie nie mamy już wielu alternatyw. Coraz więcej wskazuje na to, że przyszłość może należeć właśnie do metod biotechnicznych, które pozwalają ograniczyć stosowanie chemii i jednocześnie wzmacniają naturalną odporność rodzin pszczelich.

 

 

Joanna Baran: Jak w praktyce funkcjonują takie zdrowe rodziny pszczele wolne od akarycydów i radzące sobie z patogenami i warrozą? I jak do metod biotechnicznych przekonać pszczelarzy?

Aneta Strachecka: Metody biotechniczne rzeczywiście są czasochłonne i to jest jedna z głównych przyczyn, dla których wielu pszczelarzy wciąż nie decyduje się na ich wdrożenie w swoich pasiekach. Mam wrażenie, że szczególnie widać to w sytuacji, gdy pszczelarstwo jest zajęciem dodatkowym. Jeżeli ktoś na co dzień pracuje zawodowo albo prowadzi gospodarstwo rolne, bardzo trudno znaleźć czas nie tylko na wykonywanie dodatkowych czynności w pasiece, ale nawet na samo nauczenie się tych metod i wprowadzenie ich do codziennej praktyki.

Trzeba też pamiętać, że wielu pszczelarzy w Polsce to osoby starsze. Gdy zaczyna brakować sił na codzienne obowiązki, naturalnie brakuje ich również na bardziej wymagające prace w pasiece. W takiej sytuacji metody biotechniczne mogą wydawać się zbyt skomplikowane lub zbyt pracochłonne. 

Warto jednak spojrzeć na tę kwestię w szerszej perspektywie. Z naszych obserwacji i badań wynika, że stosowanie metod biotechnicznych w ciągu kilku lat może podnieść odporność pszczół nawet o około 30%. To naprawdę bardzo dużo i w praktyce może decydować o zdrowiu oraz przeżywalności całych rodzin pszczelich. 

Drugim czynnikiem, który często zniechęca pszczelarzy, jest czas oczekiwania na efekty. W przypadku metod biotechnicznych nie są one natychmiastowe. Pierwsze wyraźnie pozytywne rezultaty w rodzinach pszczelich pojawiają się zazwyczaj dopiero po około jednym-dwóch latach. Z punktu widzenia pszczelarza jest to dość długi okres, szczególnie gdy w tym czasie nadal trzeba mierzyć się z problemem warrozy. 

Ważne jest także, aby mieć świadomość, że odbudowywanie odporności przez rodziny pszczele jest procesem długotrwałym. Samo włożenie izolatora, usunięcie zakażonego czerwiu czy ograniczenie populacji roztocza Varroa destructor nie spowoduje natychmiastowego wzrostu odporności pszczół. To proces, który wymaga czasu i konsekwencji w prowadzeniu pasieki. 

Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że w otoczeniu pasieki często znajdują się inne rodziny pszczele, w których nadal występuje warroza oraz różne choroby. Pszczoły mogą przenosić patogeny między sobą nawet wtedy, gdy korzystają z tych samych pożytków. W takich warunkach bardzo łatwo może dojść do reinwazji roztocza. 

Z tego właśnie powodu zaleca się, aby w pierwszych latach stosowania metod biotechnicznych łączyć je z łagodnymi metodami chemicznymi. Dobrym przykładem jest leczenie kwasem szczawiowym. Takie połączenie pozwala bezpieczniej przejść okres przejściowy – z jednej strony pszczelarz uczy się stosowania metod biotechnicznych, a z drugiej strony rodziny pszczele mają czas, by stopniowo odbudowywać swoją naturalną odporność, bez ryzyka dużych strat w pasiece. 

 

 

Joanna Baran: Czy zna Pani w Polsce duże pasieki, które zdecydowały się na odejście od akarycydów i stosują metody biotechniczne, ewentualnie łącząc biotechnikę z miękką chemią?

Aneta Strachecka: Coraz więcej pasiek zaczyna interesować się metodami biotechnicznymi, i to nie tylko małych, hobbystycznych. Widzimy, że również w większych gospodarstwach pszczelarskich pojawia się gotowość do wprowadzania takich rozwiązań. W naszej pracy spotykamy się z tym coraz częściej. Gdy pszczelarze mają problemy w pasiece, pojawiają się wątpliwości lub po prostu potrzebują porady, kontaktują się z nami. Zdarza się, że dzwonią zarówno do profesora Krzysztof Olszewski, jak i do mnie. Staramy się wówczas doradzać, podpowiadać rozwiązania i dzielić się doświadczeniem. 

Mamy przy tym ważne zaplecze praktyczne, ponieważ prowadzimy własną pasiekę uniwersytecką. Dzięki temu nie są to tylko rozważania teoretyczne – wiemy z praktyki, jak wygląda proces przechodzenia z leczenia opartego na akarycydach na metody biotechniczne i jakie trudności mogą pojawiać się po drodze. Takie doświadczenie bardzo pomaga w rozmowach z pszczelarzami, którzy stoją przed podobnymi decyzjami w swoich pasiekach. 

Widać również wyraźnie, że zainteresowanie metodami biotechnicznymi rośnie. Z tego powodu w kwietniu w Warszawie odbędzie się konferencja poświęcona właśnie temu zagadnieniu. Spotkają się tam z jednej strony naukowcy zajmujący się badaniami nad pszczołami, a z drugiej strony sami pszczelarze, którzy w praktyce prowadzą swoje pasieki. Takie spotkania są bardzo cenne, bo pozwalają wymieniać doświadczenia i łączyć wiedzę naukową z codzienną praktyką pasieczną. 

Widać też szerszą zmianę w podejściu do pszczelarstwa w Polsce. Coraz częściej odchodzi się od myślenia wyłącznie w kategoriach produkcyjnych czy biznesowych. Pszczelarze zaczynają patrzeć na pszczoły szerzej – nie tylko jako na producentów miodu, ale przede wszystkim jako na niezwykle ważne zapylacze, od których w dużej mierze zależy funkcjonowanie całych ekosystemów i rolnictwa. Ta zmiana sposobu myślenia wydaje się bardzo istotna dla przyszłości pszczelarstwa.

 

 

Joanna Baran: Chciałam również zapytać o dzikie zapylacze - trzmiele, murarki, misierki - czy one mogą przenosić choroby na pszczoły miodne, pszczoły miodne na nie. Jak te organizmy wzajemnie na siebie wpływają?

Aneta Strachecka: Każdy organizm żywy ma swoje choroby i pasożyty. Dlatego zjawisko przenoszenia patogenów za pośrednictwem wektorów czy organizmów pośrednich jest czymś naturalnym i występuje właściwie we wszystkich grupach organizmów. Warto jednak patrzeć na tę kwestię spokojnie i z pewnym dystansem. W przypadku zapylaczy często pojawia się obawa, że pszczoła miodna i dzikie owady zapylające stanowią dla siebie poważne zagrożenie. W rzeczywistości sytuacja jest bardziej złożona i kluczową rolę odgrywa tutaj zachowanie równowagi w środowisku. 

Oczywiście pszczoła miodna oraz dzikie zapylacze mogą w pewnym stopniu konkurować o pokarm, a także potencjalnie przenosić między sobą niektóre choroby. Najważniejszym czynnikiem wpływającym na skalę tego zjawiska jest jednak zagęszczenie owadów na danym terenie. W praktyce wielu pszczelarzy jest dziś na tyle świadomych, że nie ustawia pasiek bezpośrednio obok siebie. Zazwyczaj zachowana jest odpowiednia przestrzeń, która pozwala funkcjonować zarówno rodzinom pszczelim, jak i dzikim zapylaczom. Dzięki temu mogą one współistnieć w jednym środowisku bez nadmiernej presji konkurencyjnej. 

Warto też pamiętać, że poszczególne gatunki zapylaczy różnią się budową aparatu gębowego. W efekcie korzystają z różnych typów kwiatów i pożytków. Oznacza to, że rzeczywista konkurencja o pokarm jest często mniejsza, niż mogłoby się wydawać. Rośliny, których nie zapyla pszczoła miodna, bywają zapylane przez trzmiele lub inne dzikie owady. I odwrotnie – część roślin jest chętnie odwiedzana przez pszczoły, a rzadziej przez inne zapylacze. W praktyce wiele gatunków owadów zapylających korzysta z szerokiej i zróżnicowanej bazy pokarmowej, dzięki czemu ich nisze ekologiczne częściowo się uzupełniają. 

Gdy pokarmu w środowisku jest dużo, a liczba owadów nie jest nadmierna, również ryzyko intensywnego przenoszenia chorób znacząco maleje. Problemy mogą pojawiać się przede wszystkim tam, gdzie przestrzeń jest ograniczona i dochodzi do dużego zagęszczenia zapylaczy. Dobrym przykładem są niektóre obszary miejskie. Kilka lat temu obserwowaliśmy prawdziwy boom na zakładanie pasiek miejskich. W pewnym momencie zaczęły pojawiać się pytania o możliwy wpływ takich pasiek na dzikie zapylacze.

Obecnie jednak widać, że ta fala zainteresowania nieco się uspokoiła, a podejście do tematu stało się bardziej wyważone. W praktyce pszczoły miodne utrzymywane w miastach nie stanowią dziś istotnego zagrożenia dla dzikich zapylaczy – ani pod względem konkurencji o pokarm, ani w kontekście rozprzestrzeniania się chorób. Podobnie nie obserwuje się wyraźnego zagrożenia działającego w drugą stronę. Najważniejsze, jak w wielu innych przypadkach w przyrodzie, pozostaje zachowanie równowagi i rozsądnego zagęszczenia owadów w środowisku.

 

 

Joanna Baran: Skąd pszczelarz może wiedzieć, czy miejsce, w którym postawi pasiekę będzie dobre - i ze względu na pożytki, i z uwagi na przenoszenie chorób czy konkurencję z dzikimi zapylaczami?

Aneta Strachecka: Coraz częściej trafiają do nas również tego typu pytania. Pszczelarze dzwonią i pytają, w jaki sposób sprawdzić, czy miejsce, w którym planują postawić pasiekę, rzeczywiście jest odpowiednie. W takich sytuacjach zazwyczaj zalecam przeprowadzenie tak zwanej inwentaryzacji przyrodniczej. 

Polega ona na możliwie dokładnym przyjrzeniu się otoczeniu, zanim jeszcze w danym miejscu pojawią się ule. Warto sprawdzić przede wszystkim, gdzie znajduje się najbliższa pasieka i jakie jest zagęszczenie rodzin pszczelich w okolicy. Równie ważne jest zwrócenie uwagi na obecność dzikich zapylaczy – czy pojawiają się w danym miejscu trzmiele, pszczoły samotnice czy inne owady zapylające. 

Kolejnym elementem takiej obserwacji jest ocena bazy pożytkowej. Dobrze jest sprawdzić, jakie rośliny naturalnie rosną w okolicy i czy zapewniają zróżnicowane źródła nektaru oraz pyłku w ciągu całego sezonu. Taka analiza pozwala spojrzeć na wybrane miejsce z pewnym dystansem – zarówno pod kątem jego potencjału pożytkowego, jak i ewentualnego zagęszczenia pszczół miodnych na danym obszarze. 

Dopiero po przeprowadzeniu takiej inwentaryzacji można w bardziej świadomy sposób podjąć decyzję, czy dane miejsce rzeczywiście nadaje się do ustawienia uli. W praktyce często okazuje się, że taka chwila refleksji i obserwacji pozwala uniknąć wielu problemów w przyszłości – zarówno związanych z konkurencją o pokarm, jak i z nadmiernym zagęszczeniem zapylaczy w jednym miejscu.

 

 

Joanna Baran: Gdyby mogła Pani jedną rzecz przekazać pszczelarzom w Polce, co by to było, co jest najważniejsze?

Aneta Strachecka: To rzeczywiście trudne pytanie, ale myślę, że najważniejsze w tym momencie jest jedno - pozwolić pszczołom po prostu żyć. Żyć w sposób naturalny, zgodny z ich własnym rytmem i potrzebami. Jeśli pszczoły mają dostęp do różnorodnych pożytków, świeżej wody i spokojnego środowiska, w większości przypadków same doskonale sobie poradzą.

Jednym z największych błędów współczesnego pszczelarstwa, moim zdaniem, jest nadmierne ingerowanie w życie rodzin pszczelich poprzez stosowanie różnego rodzaju środków stymulujących, leków czy probiotyków. Często pszczelarze robią to z najlepszymi intencjami – chcą wspomóc rozwój rodziny, zapobiec chorobom czy poprawić odporność pszczół. Niestety wpływ tych substancji na pszczoły bywa czasem odwrotny od zamierzonego. Zamiast wspierać, mogą osłabiać organizmy owadów, zaburzać naturalną odporność i prowadzić do problemów zdrowotnych w rodzinach pszczelich. 

Dlatego najważniejsze wydaje się podejście oparte na obserwacji, cierpliwości i zapewnieniu pszczołom warunków do samodzielnego funkcjonowania. To właśnie w naturalnym rytmie życia i w dostępie do pożytków oraz odpowiedniej przestrzeni kryje się największy potencjał zdrowych i odpornych rodzin pszczelich.

 

BIO

Prof. dr hab. Aneta Strachecka jest Kierownikiem Katedry Ekofizjologii Bezkręgowców i Biologii Eksperymentalnej na Wydziale Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Od dwóch lat jest członkiem Polskiej Komisji Akredytacyjnej oraz Ekspertem European Commission w obszarach: 1) bioróżnorodność; 2) ochrona zapylaczy; 3) anatomia i fizjologia zwierząt.

Badania naukowe prowadzone przez prof. dr hab. Anety Strachecką dotyczą immunologii i fizjologii zapylaczy, ze szczególnym uwzględnieniem pszczoły miodnej. Specjalizuje się w analizach biochemicznych i morfologicznych różnych tkanek owadów społecznych. Jej publikacje obejmują charakterystykę ciała tłuszczowego jako tkanki kluczowej w kształtowaniu immunokompetencji oraz detoksykacji pszczelego organizmu. Ponadto, skupia się na wpływie czynników środowiskowych (często antropogenicznych), w tym pestycydów, akarycydów i patogenów, ale także diety i biostymulatorów; na powyższe mechanizmy w hemolimfie i innych tankach owadów. 

Prof. Aneta Strachecka jest autorem lub współautorem 150 publikacji, z czego 127 jest indeksowanych w bazie Web of Science. W dorobku Pani Profesor znajduje się ponad 150 komunikatów konferencyjnych, 40 artykułów popularno-naukowych, 1 książka – która zdobyła Silver Medal w międzynarodowym konkursie w kategorii „Książka o tematyce naukowej i okołonaukowej” (Strachecka A., Walerowicz M. 2022. Anatomia i fizjologia pszczoły miodnej), 2 rozdziały w książce „Chów i hodowla pszczoły miodnej”, 1 rozdział w książce Advances in experimental medicine and biology; 1 patent oraz 3 recenzje książek w czasopismach naukowych. 

Prof. Aneta Strachecka była/jest kierownikiem: 1 projektu finansowanego przez NCN, 3 projektów finansowanych przez MNiSW; 2 projektów finansowanych przez WFOŚiGW i 5 projektów usługowych. Była opiekunem naukowym 2 projektów finansowanych przez NCN i wykonawcą 7 projektów finansowanych ze źródeł zewnętrznych (NCN, Europejskie Fundusze Rozwoju Regionalnego itp.). 

Pani Profesor była promotorem wielu prac dyplomowych: sześciu obronionych z wyróżnieniem prac doktorskich i dwóch – aktualnie w toku; 74 prac magisterskich; 155 prac licencjackich/inżynierskich. Recenzowała 1 rozprawę habilitacyjną i 6 rozpraw doktorskich. 

Pani Profesor bardzo aktywnie współpracuje z wieloma jednostkami naukowymi w kraju (np.: Uniwersytet Jagielloński; PAN w Lublinie; PAN w Krakowie; Instytut Parazytologii im. Witolda Stefańskiego; Gdański Uniwersytet Medyczny; Instytut Ogrodnictwa w Skierniewicach; Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie; Uniwersytet Warszawski; Uniwersytet Medyczny w Lublinie) i z zagranicy (np.: Burzynski Research Institute; Stepan Gzhytskyi National University of Veterinary Medicine and Biotechnologies in Lviv; Hellenic Agricultural Org. “Demeter”, Nea Moudania, Greece; University of Nottingham, UK; Natural Resources Institute Finland, Helsinki; Ghent University; University of Mons; Université libre de Bruxelles; Norwegian Institute for Bioeconomy Research; Technische Universität München) oraz z otoczeniem społeczno-gospodarczym (np.: Fabryka Cukierków „Pszczółka”; Grupa Waryński; Wołyńskie Regionalne Centrum Ekologiczno-Przyrodnicze oraz Departament Rozwoju Rolnictwa Wołyńskiej Obwodowej Administracji Państwowej oraz Rada Miasta Łucka; Agroekoton; Przedsiębiorstwo Pszczelarskie Tomasz Łysoń; Polskie Stowarzyszenie Centrów Ogrodniczych; GBA; Organizacje Pszczelarskie; Skotan).

Poprowadziła ponad 300 szkoleń i kursów branżowych dla różnych organizacji.

aneta strachecka



Liczba wyświetleń artykułu: 2856

Komentarze z forum pszczelarskiego

blondynekkrk 2026-03-22 21:15:21

Kawał dobrej lektury! Liczę na więcej takich publikacji!



  Współpracują z portalem:

Magdalena

Magdalena

Autorka przepisów kulinarnych i bloga nadpaleniskiem.blogspot.com

Dorastając w babcinej kuchni, nauczyłam się, że najlepsza kuchnia to polska kuchnia i to ją uwielbiam najbardziej. "Chwilowo" udomowiona mama na pełen etat, chwytająca życie za rogi, nie bojąca się wyzwań w żadnej sferze. Z pasji: kucharka i smakoszka, z wykształcenia: geograf.

Majowy miodek z mniszka lekarskiego

Bananowe chipsy z miodem

Bigos staropolski na winie z miodem

Ewelina Rękawek

Ewelina Rękawek

Autorka przepisów kulinarnych i bloga pysznewege.com

Copywriter z zawodu, górołaz i kucharka z zamiłowania, wegetarianka z przekonania.

Owsiane mini batoniki z białą czekoladą i miodem

Pierniczki z miodem na święta - wersja 1

Amarantus z miodem i migdałami