Wywiad z Piotrem Tkaczukiem (Pasieka Tkaczuk)
Miód, który niesie pamięć pokoleń. Rozmowa o pszczołach, pracy i odpowiedzialności
Pszczelarstwo rzadko bywa zawodem "z przypadku". Zdecydowanie częściej jest dziedzictwem - przekazywanym z rąk do rąk razem z wiedzą, pokorą wobec natury i świadomością, że człowiek w pasiece jest tylko jednym z elementów większego porządku. W świecie przyspieszonej produkcji, taniego importu i rosnących kosztów pracy, tradycyjne pszczelarstwo musi dziś odnaleźć się na nowo, nie tracąc swojej tożsamości.
Historia rodziny Tkaczuków pokazuje, że możliwe jest połączenie stuletniej tradycji z nowoczesnym zarządzaniem, technologii z doświadczeniem, a skali przemysłowej z szacunkiem do każdej rodziny pszczelej. To opowieść o pasiece, która rosła wraz z kolejnymi pokoleniami, przetrwała wojenne przesiedlenia, ustrojowe przełomy i osobiste tragedie, a dziś funkcjonuje w jednym z najczystszych regionów Polski, mierząc się z problemami, które dotykają całe europejskie pszczelarstwo.
Rozmowa z Piotrem Tkaczukiem to nie tylko zapis drogi od kilkudziesięciu uli do tysięcy rodzin pszczelich. To także refleksja nad przyszłością zawodu, kondycją rynku miodu, zagrożeniami dla zapylaczy i rolą świadomego konsumenta. W tle pozostaje to, co w pszczelarstwie najważniejsze - cierpliwość, odpowiedzialność i przekonanie, że prawdziwy miód zaczyna się dużo wcześniej niż na sklepowej półce.
Joanna Baran: Tradycje pszczelarskie w Pana rodzinie sięgają ponad 100 lat - jak wyglądało pszczelarstwo "za czasów dziadków", a co było największą rewolucją, jaką Państwo obserwowali w swojej pracy? Co z tradycji pszczelarskich przekazywanych w rodzinie jest dla Pana najważniejsze, najpiękniejsze, najcenniejsze?
Piotr Tkaczuk: Pszczelarstwo od zawsze kojarzyło się z takimi słowami jak: pasja, ciężka praca, uczciwość czy miłość do otaczającego nas świata. Nigdy nie było to zajęcie przypadkowe, wykonywane bez zaangażowania. Czy to pszczelarze amatorzy, posiadający kilka uli w ogrodzie, czy osoby dla których pszczelarstwo było sposobem na życie, wszyscy oni bardzo podobnie uwielbiali pszczoły, podziwiali niesamowitą organizację rodziny pszczelej i szanowali trud i poświęcenie tych małych owadów dla dobra naszej planety.
Jestem przekonany, że ten stan rzeczy istnieje również dzisiaj, chociaż od czasów naszych dziadków otoczenie bardzo się zmieniło. Przeszliśmy olbrzymią rewolucję technologiczną, mamy nowoczesna środki transportu, a do naszych pracowni zajrzały komputery.
Joanna Baran: Jak krok po kroku doszedł Pan wraz z bratem do obecnej skali - ponad 100 pasiek i 3000 uli - i który moment w rozwoju firmy był przełomowy biznesowo? I jaki był najtrudniejszy?
Piotr Tkaczuk: Pszczelarstwo w naszej rodzinie rozpoczęło się w latach dwudziestych ubiegłego wieku na Lubelszczyźnie, gdzie mój dziadek posiadał liczącą kilkadziesiąt uli pasiekę. Powojenne wysiedlenia spowodowały jednak konieczność opuszczenia rodzinnych stron i zamieszkania na Mazurach, na których obecnie funkcjonujemy. Pasieka przywędrowała razem z pszczelarzem. Mówię to oczywiście w przenośni, ponieważ przewożenie uli w tamtych okolicznościach nie było możliwe. Po prostu mój dziadek założył tu nową pasiekę. Zbudował nowe ule i zasiedlił je złapanymi rojami.
Pałeczkę po dziadku przejęli moi rodzice, wielcy pasjonaci pszczelarstwa. Oboje byli nauczycielami, a to dawało możliwości poświęcenia się podczas wakacji pracy przy pszczołach. Były lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, a nasza pasieka liczyła około 150 uli, co na tamte czasy plasowało ją już w gronie dużych, zawodowych pasiek.
Dorastając razem z moim bratem w takich okolicznościach byliśmy w pewnym sensie skazani na pszczelarstwo, mimo tego, iż obaj jesteśmy z zawodu inżynierami budownictwa. W połowie lat dziewięćdziesiątych powstał w naszych głowach pomysł rozwinięcia pasieki do nieco większych rozmiarów. Był to czas wielkich przemian w naszym kraju, powstawania przeróżnych nowych firm, zakładania "biznesów", ale też przede wszystkim czas otwarcia Polski na zewnątrz. Coraz częściej docierały do nas pszczelarskie nowinki ze świata, co stwarzało wielkie możliwości rozwoju i nadzieję na to, że idea stworzenia dużej pasieki na naszych terenach może się udać.
Konsekwentnie realizując nasze plany, pasieka powiększała się każdego roku. Najpierw do trzystu uli, potem pięciuset i w początkach lat dwutysięcznych liczyła już ok 1200 rodzin pszczelich. Dużym krokiem naprzód, można by nawet powiedzieć przełomowym, była budowa w 2007 roku nowej pracowni. Korzystając z dofinansowania z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wybudowaliśmy przestronny, dobrze wyposażony obiekt, w którym mogliśmy już zainstalować nowoczesne urządzenia pozwalające obsłużyć pasiekę liczącą nawet kilka tysięcy uli. Pracownie miały 1200 metrów kwadratowych i wydawały się nam w tamtym czasie olbrzymie, ale po 10 latach powiększania pasieki okazały się niewystarczające i w 2019 roku powstała jeszcze jedna hala, będąca w sporej części chłodnią do przechowywania ramek pszczelich.
Jeśli miałbym powiedzieć o trudnych momentach w naszej firmie, to myślę że był tylko jeden - nagła śmierć naszego Ojca w 2012 roku. Straciliśmy wówczas nie tylko najbliższą osobę, ale też głównego wizjonera całego naszego przedsięwzięcia. Człowieka, który nauczył nas pszczelarstwa, a swoją pasją zaraził nie tylko mnie i mego brata, ale też mnóstwo innych osób.
Joanna Baran: Czasami we współczesnym krajobrazie niezwykle trudno o ciągłość pożytków. Czy prowadzą Państwo pasiekę wędrowną - jakie są największe logistyczne wyzwania przy przemieszczaniu dużej liczby uli między pożytkami?
Piotr Tkaczuk: Od samego początku nasza pasieka była przewożona na pożytki. Jest to wręcz kluczowe przy większej ilości uli, ponieważ sezon pszczelarski na Mazurach jest dość krótki i każdy niewykorzystany przez pszczoły okres wpływa ujemnie na ilość pozyskanego miodu. Wyobraźmy sobie tysiąc rodzin pszczelich, które w piękny, słoneczny, czerwcowy dzień zamiast zbierać nektar siedzą w ulu z powodu braku kwiatów w okolicy. Pszczelarze łatwo obliczą straty z tego powodu.
Dlatego sporą część naszego czasu poświęcamy znajdowaniu odpowiednich pożytków, a w ciągu jednego sezonu wykonujemy ok. 130 przewozów uli. Wymaga to też ciągłej współpracy z plantatorami i właścicielami pól. Muszę tutaj nadmienić, że współpraca ta układa się w ostatnich latach bardzo dobrze. Rolnicy pozytywnie odbierają pszczoły i niezwykle rzadko zdarza się, że odmawiają nam dostępu do swoich plantacji.
Joanna Baran: Jakie typy uli dominują w Państwa pasiekach i dlaczego akurat te rozwiązania sprawdzają się najlepiej przy dużej skali produkcji?
Piotr Tkaczuk: Jedynym typem ula z którego korzystamy jest ul Dadanta w formie tradycyjnego leżaka, z pojedynczą nadstawką umieszczoną w kołnierzu ula (bez dodatkowej skrzynki nadstawkowej). W ciągu naszej dość długiej działalności stosowaliśmy wiele typów uli, między innymi bardzo popularne obecnie ule korpusowe, ale Dadant wygrał tę rywalizację i pozostał jako jedyny typ w naszej pasiece. Jest on najlepiej dostosowany do naszej gospodarki pasiecznej, klimatu w którym funkcjonujemy i pożytków z których korzystamy, co w niczym oczywiście nie umniejsza zaletom uli korpusowych.
Joanna Baran: Jakimi rasami pszczół Państwo pracują i czym kierują się przy ich doborze - miodnością, łagodnością, odpornością, a może dostosowaniem do lokalnych warunków?
Piotr Tkaczuk: Najlepszym rozwiązaniem byłaby oczywiście rasa w pełni spełniająca wszystkie powyższe kryteria i myślę, że Krainka, najbardziej w Polsce popularna rasa pszczół, jest temu bliska. Drugą rasą z której korzystamy jest Buckfast. Pomimo wielu niezbyt przychylnych opinii krążących w sieci, w naszej pasiece rasa ta sprawdza się od wielu lat znakomicie, a jej szybki wiosenny rozwój jest jej dużym atutem biorąc pod uwagę niezbyt długi, a co za tym idzie intensywny sezon pszczelarski na Mazurach. Odmiany te znakomicie nawzajem się uzupełniają i jak wykazuje nasze doświadczenie, równoległe korzystanie z tych dwóch ras przy naszej gospodarce pasiecznej jest najbardziej optymalne.
Joanna Baran: Czy przy tak dużej liczbie rodzin pszczelich możliwe jest indywidualne podejście do uli, czy raczej zarządzanie odbywa się "systemowo"?
Piotr Tkaczuk: Każdy z uli jest przeglądany w ciągu sezonu kilkakrotnie i przy każdym przeglądzie osoba wykonująca go decyduje indywidualnie jakie działanie należy podjąć. My z bratem, ponieważ wspólne z pracownikami tworzymy naszą załogę, również przeglądamy rocznie kilka tysięcy uli co pozwala nam w każdym momencie sezonu wiedzieć co się w rodzinach pszczelich dzieje. Myślę że Państwo, czytający te słowa, podzielą moją opinię iż każdy sezon pszczelarski jest nieco inny. Biorąc to pod uwagę, działania systemowe są jak najbardziej wskazane jako porządkujące i ułatwiające pracę, tylko ten system zmienia się nieco w każdym kolejnym roku. Mówię tutaj cały czas o pracach w pasiece, ponieważ czynności wykonywanie w pracowni, jak wirowanie miodu czy wytapianie wosku, są już dość mocno zmechanizowane i każdego roku wykonujemy je w podobny sposób.
Joanna Baran: Warmia i Mazury to jeden z najczystszych regionów Europy - jak realnie przekłada się to na jakość miodu i zdrowie pszczół w porównaniu z innymi regionami Polski? Jak wygląda Pana perspektywa?
Piotr Tkaczuk: Warmia i Mazury to rzeczywiście dobry region do prowadzenia pasieki. Jednakże pomimo pięknej, zróżnicowanej przyrody, dużej ilości naturalnych lasów i czystego powietrze borykamy się z tymi samymi problemami zdrowotnymi pszczół co pszczelarze w całej Polsce i myślę, że samo czyste powietrze niestety nie jest wystarczające w walce z przeróżnymi patogenami trapiącymi pszczoły.
Co do jakości miodu to jest ona uzależniona od wielu czynników, między innymi od środowiska w którym nektar jest przez pszczoły zbierany i tutaj nasz region ma duży plus. Jeśli natomiast chodzi o inne działania wpływające na jakość jak odpowiednia, odpowiedzialna gospodarka pasieczna, sposoby wirowania i przechowywania miodu, to uważam, że dobrzy pszczelarze z Bieszczad, Mazowsza czy wszystkich innych regionów Polski również robią wszystko, aby jakość ich miodów była wysoka. Ja w każdym razie bardzo polecam miód właśnie z Warmii i Mazur.
Joanna Baran: Jakie miody stanowią dziś trzon Pana produkcji, a które są najbardziej wymagające pod względem pożytku i pogody?
Piotr Tkaczuk: Najwięcej pozyskujemy miodów wielokwiatowych, rzepakowych oraz gryczanych. Ostatnio zdarzają się też lata, gdzie udaje się odwirować w większych ilościach miody faceliowe i lipowe. Według mnie najtrudniejszym miodem do pozyskania jest miód gryczany. Gryka jako roślina potrzebuje bardzo specyficznych warunków do obfitego nektarowania: odpowiedniej temperatury powietrza połączonej z dość dużą wilgotnością. Nie każdego lata warunki takie występują, a co za tym idzie nie w każdym sezonie zbiory tego miodu są satysfakcjonujące. Dochodzi do tego oczywiście ilość areałów zasianych gryką, która jest mocno uzależniona od opłacalności tych upraw.
Joanna Baran: Czy w Pasiece Tkaczuk powstają miody nietypowe lub niszowe, które są trudne do uzyskania, ale szczególnie cenione przez klientów?
Piotr Tkaczuk: Różnorodność mazurskiej przyrody pozwala nam pozyskiwać czasami miody, zazwyczaj w niewielkich ilościach, o które nasi klienci pytają często w pierwszej kolejności. To wielokwiaty ze sporą zawartością chabra-bławatka, miody z pasiek położonych w lasach, gdzie czasami występuje spadź liściasta, czy wreszcie bardzo rzadko ostatnio pozyskiwane, miody nostrzykowe.
Joanna Baran: Jakie nowoczesne metody, rozwiązania techniczne sprawdzają się w Pana pasiece, a co jest "jak dawniej"?
Piotr Tkaczuk: O tym co jest "jak dawniej" wspomniałem już wcześniej, natomiast cały czas oczywiście przyglądamy się nowościom i staramy się wybierać do zastosowania to, co wydaje się być najkorzystniejsze. W pasiece pracuje ponad dwadzieścia wag ulowych, które codziennie rano przesyłają nam raporty na temat przybytków miodu. To bardzo ułatwia planowanie zarówno pracy, jak i terminów przewozów uli na pożytki. Nasza pracownia wyposażona jest w nowoczesną linię technologiczną do wirowania i oczyszczania miodu, a wszystkie ramki przechowywane są w specjalnie przystosowanych do tego chłodniach. Uważam, że w dobie rosnących kosztów pracy takie rozwiązania są niezbędne.
Joanna Baran: Warroza to jedno z największych wyzwań współczesnego pszczelarstwa - jakie metody zwalczania stosuje Pan obecnie i które uważają za najbezpieczniejsze dla pszczół?
Piotr Tkaczuk: Problem warrozy jest cały czas jednym z najgroźniejszych i jednym z najtrudniejszych do rozwiązania w naszych pasiekach. Metody do tej pory opracowane nie zawsze są dostatecznie skuteczne i bardzo często właśnie warroza jest najpoważniejszym czynnikiem powodującym zimowe straty rodzin pszczelich. W naszej pasiece stosujemy od kilku sezonów odymianie Apivarolem oraz paski Bayvarolu lub Biovaru.
Staramy się łączyć te metody tak, aby zaraz po miodobraniu walkę z warrozą rozpocząć i kontynuować ją aż do listopada. Zdarzają się nam również wiosenne odymienia, kiedy w marcu stwierdzimy zbyt dużą ilość osobników warrozy w rodzinach. Wówczas używamy tylko Apivarolu. Przez całą jesień kontrolujemy poziom porażenia rodzin stosując wkładki dennicowe i na tej podstawie decydujemy, ile zabiegów odymiania należy przeprowadzić.
Tak naprawdę dopiero na wiosnę, po odymieniu kontrolnym, jesteśmy w stanie stwierdzić, czy jesienna walka z warrozą była skuteczna i tak jak wspomniałem, czasami decydujemy się na jeszcze jeden, wiosenny zabieg.
Bardzo byśmy chcieli, aby metody biotechniczne, bardziej ekologiczne, wystarczały do corocznej walki z warrozą, ale z naszych prób stosowania ich niewiele wynikało. Pozwolę sobie nie wymieniać tutaj poszczególnych metod, aby nie zniechęcać ich zwolenników. Chciałbym natomiast wyraźnie podkreślić, że to wyłącznie moja opinia powstała na bazie doświadczeń w naszej pasiece. Na pewno jako metody wspomagające, nie szkodzące w żaden sposób pszczołom, mogą być wartościowe i przydatne, ale nie decydowałbym się na wyłączne ich zastosowanie w przygotowaniach rodzin pszczelich do zimowli.
Joanna Baran: Jakie inne zagrożenia - poza chorobami - uważa Pan za najpoważniejsze dla przyszłości pszczelarstwa w Polsce?
Piotr Tkaczuk: Pszczoły nierozerwalnie związane są ze środowiskiem, w którym funkcjonują, dlatego bardzo dużym problemem jest rosnący poziom jego zanieczyszczenia. Ilość pestycydów stosowana na polach, w sadach czy nawet w ogrodach nie sprzyja rozwojowi pszczelarstwa. Nadzieją są tutaj plantacje ekologiczne, ale z tego co widać nie rozwijają się one tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.
Drugim czynnikiem zagrażającym pszczelarstwu jest coraz bardziej zaawansowany wiek właścicieli pasiek. Powoduje to mniejszą skłonność do inwestycji w tę branżę, a co za tym idzie mniejsze nakłady na jej rozwój. Co prawda w ostatnim czasie posiadanie pszczół stało się dość modne, ule zdobią dziedziniec ministerstwa czy sejmowy trawnik, znajdują też miejsce przed wejściami do siedzib firm i na dachach hoteli. To bardzo pozytywne zjawisko i należy je docenić, natomiast trudno powiedzieć czy wspomoże to rozwój pszczelarstwa, czy będzie tylko chwilową modą.
Wymieniając zagrożenia nie sposób nie wspomnieć o ekonomii prowadzenia pasiek. Ceny hurtowe miodów w ostatnich latach gwałtownie spadły przy znacznym wzroście kosztów, co stawia prowadzenie zawodowych pasiek, a tym bardziej inwestowanie w ich rozwój pod sporym znakiem zapytania. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że sytuacja w najbliższym czasie będzie już tylko się poprawiać.
Joanna Baran: Jak układa się Pasiece Tkaczuk współpraca z lokalnymi rolnikami - czy widzą Państwo zmianę w podejściu do zapylaczy na przestrzeni lat?
Piotr Tkaczuk: Współpraca z rolnikami to jeden z kluczowych elementów prowadzenia dużej pasieki. Bez bardzo dobrego, można powiedzieć bieżącego kontaktu z właścicielami plantacji, szanse powodzenia pszczelarskiego przedsięwzięcia są bardzo małe, więc w ciągu całego roku poświęcamy dużo czasu na uzgodnienia dotyczące planowanych zasiewów w gospodarstwach, miejsc stacjonowania naszych pasiek i innych warunków współpracy.
Wspominałem już o tym wcześniej, ale z przyjemnością powtórzę, że obecnie świadomość rolników dotycząca pszczół w środowisku jest bardzo dobra. Rolnicy chętnie udostępniają nam swoje plantacje, doradzają miejsca gdzie można ustawić pasieki, a czasem nawet przygotowują taki teren pod stacjonowanie uli. Doskonale zdają sobie sprawę z roli zapylaczy dla uprawianych roślin.
Kiedyś zdarzały się osoby niechętne pszczołom, natomiast obecnie odmowa ustawienia pasieki zdarza się tylko wówczas, gdy na plantacji sporo uli już stacjonuje.
Joanna Baran: Od marca 2026 r. ma obowiązywać rejestracja każdego ula w Polsce - jak Państwo oceniają ten obowiązek z perspektywy dużej, profesjonalnej pasieki? Czy pomoże ograniczyć rozwój chorób pszczół?
Piotr Tkaczuk: Czym innym jest rejestracja każdego ula, a czym innym ich kontrolowanie, które mogłoby ograniczyć ryzyko przenoszenia patogenów do sąsiednich pasiek. Nie jest to według mnie dla pszczelarzy zbyt duże obciążenie, a jeśli miałoby poprawić zdrowie rodzin pszczelich, to jestem za. Myślę że czas przyniesie nam odpowiedź na to pytanie.
Joanna Baran: Jak import miodu z Ukrainy, Rumunii czy Chin wpływa na rynek miodu w Polsce i funkcjonowanie takich pasiek jak Państwa?
Piotr Tkaczuk: Duża podaż taniego miodu, bo o takim tutaj mówimy, znacząco wpływa zarówno na rynek jak i działanie dużych pasiek w Polsce. Powoduje ona obniżenie cen na lokalne miody, a co za tym idzie również pogorszenie funkcjonowania polskich pasiek.
W ostatnim czasie zbiegło się kilka czynników, takich jak: import z Ukrainy spowodowany wojną, duży import chińskiego i wietnamskiego miodu, czy dobre, obfite zbiory w Polsce, co razem obniżyło popyt na krajowy miód. Z drugiej strony takie sytuacje bardzo mobilizują nas wszystkich do poszukiwania nowych metod i rynków zbytu, co w perspektywie może przynieść dodatkowe korzyści. Oby tak było.
Joanna Baran: Czy odczuwa Pan presję taniego, marketowego miodu i jak przekonują klientów, że prawdziwy miód ma swoją cenę?
Piotr Tkaczuk: Duże, sieciowe sklepy walczące o klienta atrakcyjną ceną oferowanych produktów wrosły na stałe w nasz krajobraz i myślę, że oferta tanich miodów już z nami pozostanie. Bardzo ważne jest natomiast, aby klient miał świadomość dokonywanego zakupu, dlatego popieram zarówno te wprowadzone jak i planowane zmiany nakazujące umieszczanie na etykietach dokładnych informacji określających np. pochodzenie miodu. Ostatnio obserwujemy nie tylko u nas, ale też na podstawie rozmów z pszczelarzami także w innych pasiekach, spory napływ nowych klientów wybierających miód bezpośrednio od producenta. Taki trend może tylko cieszyć. Miodowi klienci chętnie przywiązują się do danego miodu i jego producenta, dlatego bardzo ważną rzeczą jest, abyśmy zawsze sprzedawali miód wysokiej jakości i chętnie, w przystępny sposób przekazywali naszym odbiorcom interesujące go informacje o samym produkcie, jak i tajniki dotyczące pszczelarstwa.
Tak się składa, że naszą pasiekę rokrocznie odwiedza kilka grup dzieci z przedszkoli lub pierwszych klas szkoły podstawowej. To bardzo wymagający, ale też bardzo wdzięczni słuchacze. Po powrocie do domów przekazują swoim rodzicom zdobyte wiadomości i w ten sposób propagują spożywanie dobrego miodu, a część z tych rodziców jest później naszymi klientami.
Joanna Baran: Co Pan sądzi o Mercosur i możliwym dalszym otwarciu rynku - czy to dla polskich pszczelarzy większe zagrożenie czy szansa?
Piotr Tkaczuk: Na chwilę obecną trudno się na temat tej umowy wypowiadać, ponieważ nie wiemy jeszcze nic na temat chociażby działań osłonowych dla pszczelarzy.
Joanna Baran: Jakie rady dałby Pan osobom, które dziś myślą o pszczelarstwie jako o biznesie, a nie tylko hobby?
Piotr Tkaczuk: Pszczelarstwo to specyficzne zajęcie i, tak jak wspomniałem na początku, wykonywanie go bez pasji byłoby dość trudne. Jeśli natomiast taką pasję ktoś w sobie odnajduje, to warto się temu poświęcić. Według mnie osoby, które chcą zbudować dużą, profesjonalną pasiekę muszą uzbroić się w cierpliwość i nie starać się zrealizować tych planów w ciągu jednego, czy dwóch lat. Kierując się sposobami opisanymi w literaturze czy przedstawionymi w mediach, zawsze należy wziąć pod uwagę warunki klimatyczne, ilość potencjalnych pożytków, dostępność pracowników pasiecznych czy sytuacje, że może się zdarzyć kilka lat z rzędu z bardzo małymi zbiorami. Nie będę oryginalny jeśli powiem, że duża pasieka kieruje się podobnymi zasadami jak większość innych firm. Musimy poradzić sobie z księgowością, instytucjami kontrolnymi (odwiedzającymi często pasiekę w środku sezonu) i innymi tego typu sprawami, nie występującymi w przypadku pasieki hobbystycznej.
Każde tego typu przedsięwzięcie będzie nieco inne i napotka na nieco inne trudności, ale przecież nic nie przychodzi od razu, stąd mój apel o cierpliwość.
Joanna Baran: Patrząc w przyszłość: gdzie według Pana będzie pszczelarstwo za 10-20 lat i czy taka rodzinna, wielopokoleniowa pasieka nadal ma szansę się rozwijać?
Piotr Tkaczuk: Większość zawodowych pasiek w Polsce to pasieki rodzinne. Dzieci pszczelarzy przejmują po rodzicach pałeczkę i dale starają się pchać tę branżę do przodu. Myślę, że przyszłość, oprócz oczywiście zmian klimatycznych, zależeć będzie w dużym stopniu od warunków ekonomicznych. Młodzi ludzie tylko wtedy będą decydować się na zawodowe pszczelarstwo, jeśli zapewni im to odpowiedni status materialny. Mam nadzieję, że tak będzie, że warunki stwarzane pasiekom w naszym kraju będą pozwalały na osiąganie przyzwoitych dochodów, skłaniających do rozwoju, inwestycji i zapewniających spokojny byt pszczelarzom i ich rodzinom.
BIO
Piotr Tkaczuk - urodzony w 1965 roku, z zawodu inżynier budownictwa, absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie (obecnie Uniwersytet Warmińsko-Mazurski), wspólnie z bratem Januszem właściciel pasieki liczącej 3000 uli położonej w Grzegórzkach koło Nidzicy w woj warmińsko-mazurskim. Miłośnik aktywności fizycznej, ciekawych rozmów, muzyki, poznawania świata oraz oczywiście pszczelarstwa.
Liczba wyświetleń artykułu: 1270
Komentarze z forum pszczelarskiego
blondynekkrk 2026-02-19 07:43:22
Tomasz11 2026-02-19 07:48:07












