Łukasz Łuczaj: Różnorodność to nasza droga do przetrwania
Świat wokół nas zmienia się szybciej, niż wielu z nas zdaje sobie sprawę. Trawniki i łąki, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniły życiem - pełne koniczyny, jaskrów i dzikich ziół - dziś często przypominają jednolite "pustynie traw", w których trudno znaleźć choćby jednego owada. Znikają dzikie kwiaty, giną siedliska dla zapylaczy. Natomiast krajobraz rolniczy staje się coraz bardziej uproszczony. Skąd bierze się ta zmiana i czy można jej przeciwdziałać?
O kondycję lokalnych ekosystemów i sposoby, w jakie człowiek może je wspierać, zapytaliśmy Łukasza Łuczaja - etnobotanika, badacza przyrody i zagorzałego obrońcę bioróżnorodności. W rozmowie poruszamy zarówno problemy ekologiczne związane z monokulturami i gatunkami inwazyjnymi, jak i rolę pszczelarzy, edukacji oraz prostych zmian w codziennym użytkowaniu przestrzeni. Okazuje się, że ratowanie środowiska nie wymaga wielkich plantacji ani rewolucji - wystarczy zrozumienie i szacunek dla różnorodności, którą natura sama potrafi wytworzyć. I drobne zmiany w sposobie codziennego funkcjonowania. Niezależnie, czy jest się rolnikiem, pszczelarzem czy burmistrzem miasta.
Łukasz Łuczaj pokazuje też, że życie w zgodzie z przyrodą nie oznacza powrotu do dawnego świata, lecz świadomego współistnienia - wprowadzania umiarkowanych zmian i pozwalania naturze na własny rytm. W tym wywiadzie dowiemy się, jak małe działania, takie jak rzadsze koszenie trawników czy tworzenie mozaik siedliskowych, mogą przynieść ogromne korzyści dla owadów, roślin i całego ekosystemu.
Joanna Baran: Chciałabym zacząć od pytania o kondycję lokalnych ekosystemów. Jak bardzo są one dziś zagrożone - w Polsce, w Europie, na świecie? Co właściwie dzieje się z naszym środowiskiem?
Łukasz Łuczaj: Ekosystemy są zagrożone i to bardzo wyraźnie, choć w nierównym stopniu. W Polsce niektóre zbiorowiska roślinne, na przykład lasy liściaste typu grądów, są dziś stosunkowo mało zagrożone i nawet można powiedzieć, że się regenerują. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja zbiorowisk półnaturalnych - pastwisk, łąk oraz zbiorowisk chwastów, zwłaszcza chwastów polnych. Te ostatnie właściwie zanikają. A chociaż chwasty to słowo kojarzące się nam źle, to jednak rośliny jakie do nich zaliczamy są bardzo potrzebne w środowisku.
To właśnie one przez dziesięciolecia budowały różnorodność krajobrazu rolniczego i stanowiły kluczowe środowisko dla owadów zapylających. Tu rosła koniczyna, lucerna, wyka, jasnoty czy łopian. Szczawie i lebioda. Prawdziwe bogactwo i różnorodność. A korzyści z niej czerpali wszyscy - ludzie, owady i zwierzęta.
Problem polega na tym, że zmniejszyła się różnorodność ludzkiego działania. Dziś człowiek albo całkowicie się wycofuje z użytkowania terenu i pozwala mu zarastać, albo działa w sposób skrajnie zmechanizowany i jednolity. Weźmy koszenie. Dawniej łąkę koszono kosą - zaczynało się w czerwcu, kończyło czasem w sierpniu. Jednocześnie wypasano tam krowy czy konie, które zjadały trawy, a zostawiały kwiaty. Dzięki temu na łąkach było więcej roślin dwuliściennych. Dziś mamy szybkie koszenie maszynami, często podporządkowane terminom dopłat, i w efekcie obserwujemy masową inwazję traw. Krajobraz staje się jednorodny. A przez to niezwykle ubogi. Efekt jest taki, że owady nie mają gdzie szukać pokarmu i gdzie się rozmnażać, a z roku na rok gatunków roślin jest w takich miejscach coraz mniej.
Joanna Baran: W mojej okolicy widzę takie "pustynie traw". Zastanawiam się, czy to także efekt zmian klimatu - coraz wyższych temperatur?
Łukasz Łuczaj: W tym wypadku nie. Trawy są wyjątkowo wszechstronne ekologicznie. Potrafią funkcjonować zarówno w chłodniejszym, jak i cieplejszym klimacie. Ich dominacja nie wynika więc z ocieplenia, ale z uproszczenia sposobu użytkowania terenu.
Joanna Baran: Czy nauka i edukacja mogą nadążyć za tymi zmianami jakie zachodzą w środowisku? Czy naprawdę mają moc, by coś zatrzymać - na przykład skłonić ludzi do rzadszego koszenia trawników? Czy używania herbicydów?
Łukasz Łuczaj: Edukacja ma ogromne znaczenie dla budowania świadomości, ale nie ma wystarczającej siły sprawczej. Można dawać przykład, inspirować, pokazywać dobre praktyki, ale wiele decyzji wynika po prostu z ekonomii. Kiedyś opłacało się mieć krowy i pastwiska, dziś się nie opłaca. Ktoś bardzo wrażliwy albo hobbysta będzie próbował działać inaczej, ale na wielu płaszczyznach jest to trudne.
Dawniej różnorodność powstawała niejako przy okazji codziennego życia. Dziś przy okazji raczej zanika - i często nawet tego nie zauważamy. Oczywiście edukacja jest potrzebna choćby po to, by ludzie mniej kosili trawniki czy sadzili lokalne gatunki roślin. I tu, mam nadzieję, z czasem da wiele.
Ale jeśli mówimy o pastwiskach, to już wchodzimy w sferę systemowych rozwiązań: dopłat do wypasu, promocji lokalnej żywności, ograniczania wielkoskalowej hodowli. Bez tego trudno będzie coś zmienić.
Joanna Baran: W miastach wciąż słyszymy, że zarośnięte łąki są niepraktyczne i nie podobają się mieszkańcom. Ludzie lubią rozległe, zielone trawniki, uporządkowane kwiaty. Jak w ogóle rozmawiać z takimi argumentami?
Łukasz Łuczaj: Najpierw trzeba jasno powiedzieć, czego właściwie chcemy. Nie chodzi o to, by całkowicie przestać kosić, bo wtedy teren zarasta krzewami i drzewami. Chodzi o ograniczenie częstotliwości koszenia. Z punktu widzenia bioróżnorodności koszenie raz w roku jest w większości przypadków najkorzystniejsze.
Druga sprawa to estetyka. Przyjęło się, że trawniki mają być krótkie - ale to tylko kulturowa konwencja. Jeśli ludzie przyzwyczają się do wyższej trawy, przestanie ich ona razić. Gdy połowa mieszkańców zaakceptuje taki widok, stanie się on normą. Trzeba też mówić o korzyściach: więcej gatunków roślin, więcej owadów, bardziej żywy krajobraz.
Oczywiście są bariery psychologiczne, na przykład entomofobia, czyli lęk przed owadami. Tego nie da się łatwo przełamać. Ale są też argumenty ekonomiczne: rzadsze koszenie jest po prostu tańsze. Dziś miasta koszą często, bo tak jest łatwiej przy obecnym parku maszynowym. Gdyby przestawić się na inne podejście, w dłuższej perspektywie koszty byłyby nawet niższe.
Joanna Baran: Porozmawiajmy nieco o pszczelarstwie i jego wpływie na bioróżnorodność. Wielu pszczelarzy opiera swoją ofertę na miodach z monokultur - rzepaku, gryki, a nawet specjalnie wysiewanej facelii. Czy takie podejście może być ekologicznie szkodliwe?
Łukasz Łuczaj: Może być szkodliwe na dwa sposoby. Po pierwsze, wzmacnia monotonię krajobrazu. Mamy już monokultury roślin jadalnych, a do tego dokładamy kolejne monokultury roślin miododajnych. Facelia jest piękna i na szczęście w Polsce nieinwazyjna, więc małe poletka nie są problemem. Ale wielkie pola facelii to już coś niepokojącego.
Po drugie, część pszczelarzy wprowadza gatunki obce. Przykładem jest robinia akacjowa, trojeść amerykańska czy szczególnie niebezpieczna amorfa krzewiasta. Amorfa to jedna z najbardziej inwazyjnych roślin w tej części Europy. Sam mam trzy krzewy amorfy posadzone dwadzieścia lat temu i mimo prób nie udało mi się ich skutecznie usunąć. Widać, jak bardzo potrafi być trwała.
Joanna Baran: Wspomniał Pan o amorfie i innych roślinach obcych. Jakie gatunki inwazyjne uważa Pan dziś za szczególnie groźne dla polskiej przyrody - zwłaszcza te, które są sprowadzane ze względu na rolnictwo i pszczelarstwo?
Łukasz Łuczaj: Lista takich gatunków niestety jest długa. W kontekście pszczelarstwa najczęściej mówi się o robinii akacjowej, nawłoci, trojeści amerykańskiej i właśnie amorfie krzewiastej. Wszystkie one były promowane jako rośliny miododajne, ale z punktu widzenia ekologii są poważnym zagrożeniem. Robinia już na stałe zmieniła krajobraz wielu regionów Polski - wypiera rodzime drzewa i zmienia skład gleby. Trojeść amerykańska szybko się rozprzestrzenia i potrafi zdominować całe łąki. Natomiast amorfa krzewiasta to obecnie, moim zdaniem, jeden z najbardziej problematycznych gatunków inwazyjnych w naszej części Europy.
Jej siła polega na niezwykłej odporności i zdolności do regeneracji. Rośnie szybko, łatwo się rozprzestrzenia i bardzo trudno ją usunąć. Na Węgrzech stała się wręcz symbolem inwazji biologicznej - zajmuje doliny rzeczne, pobocza dróg, tereny zalewowe. Przy obecnym ociepleniu klimatu to samo może wydarzyć się w Polsce. To roślina, która w krótkim czasie potrafi całkowicie zmienić lokalny ekosystem, wypierając rodzime gatunki i upraszczając strukturę roślinności. Dlatego uważam, że powinna być w Polsce objęta bardzo ostrymi regulacjami, a najlepiej całkowitym zakazem obrotu.
Joanna Baran: Skoro monokultury i gatunki inwazyjne niosą tyle zagrożeń, to czym można je zastąpić? Jakie rozwiązania w pszczelarstwie dawałyby pożytek, a jednocześnie były bezpieczne czy nawet korzystne dla przyrody?
Łukasz Łuczaj: Najlepszym rozwiązaniem jest zawsze różnorodność. Zamiast wielkich pól jednego gatunku dużo lepiej sprawdzają się mozaiki siedlisk - łąki kwietne, miedze, zadrzewienia śródpolne, niewielkie poletka z różnymi roślinami nektarodajnymi. W pszczelarstwie ogromny potencjał mają rodzime gatunki drzew i krzewów, a także bogate w kwiaty łąki.
Zamiast tworzyć kolejne monokultury, warto wspierać to, co już naturalnie występuje w krajobrazie. Pszczoły wcale nie potrzebują ogromnych połaci jednego gatunku - potrzebują ciągłości pożytków od wczesnej wiosny do późnego lata. Jeśli zadbamy o to, by w krajobrazie było dużo różnych roślin kwitnących w różnych terminach, efekt dla pszczół będzie znacznie lepszy niż z jednej, nawet bardzo wydajnej plantacji.
Joanna Baran: Wiem, że bardzo ceni Pan samych pszczelarzy. Jak Pan postrzega ich rolę w lokalnych społecznościach?
Łukasz Łuczaj: Zawsze mówię jasno: mam ogromny szacunek do pszczelarzy. Historycznie byli to ludzie niezwykle ważni w społecznościach lokalnych. Pszczelarz to ktoś, kto nie tylko produkował miód, ale też wnosił do wspólnoty wiedzę o przyrodzie, o rytmach sezonu, o tym, jak funkcjonuje krajobraz.
Do dziś wielu pszczelarzy to osoby bardzo wrażliwe ekologicznie, często bardziej świadome niż przeciętny mieszkaniec miasta czy wsi. Znam wielu pszczelarzy, z którymi się przyjaźnię i których ogromnie cenię – także dlatego, że myślą nie tylko o zysku, ale o miejscu, w którym żyją.
Joanna Baran: Wiem też, że na Pana terenie zdarza się, że zaprzyjaźnieni pszczelarze stawiają ule na dzikich pożytkach. Jak to wygląda w praktyce?
Łukasz Łuczaj: Tak, to prawda. Na terenie, gdzie mieszkam - żartobliwie nazywanym przeze mnie „sawanną” - czasem pojawiają się ule zaprzyjaźnionych pszczelarzy. To nie są wielkie pasieki, tylko kilka uli ustawionych w miejscach, gdzie jest dużo naturalnych pożytków: łąk, zarośli, dzikich drzew i krzewów. I to jest dla mnie przykład dobrego, zrównoważonego podejścia - niewielka skala, wykorzystanie tego, co daje krajobraz, bez jego przekształcania pod produkcję.
Takie pszczelarstwo wpisuje się w ekosystem, a nie narzuca mu swoich reguł. I właśnie taki model uważam za przyszłość – oparty na współpracy z przyrodą, a nie na jej podporządkowywaniu.
Joanna Baran: A gdybyśmy mieli zajrzeć na Pana własny teren - co tam właściwie rośnie? Jak wygląda krajobraz, w którym Pan żyje?
Łukasz Łuczaj: To przede wszystkim mozaika bardzo różnych siedlisk. Mam dużo łąk kośnych, płaty lasu, jak też tereny o strukturze parkowo-sawannowej, z pojedycznymi drzewami. Dla mnie to najlepszy dowód na to, że nie trzeba wielkich plantacji ani egzotycznych roślin, żeby stworzyć dobre warunki dla zapylaczy i dla ludzi. Wystarczy zostawić przestrzeń naturze i nie przeszkadzać jej bardziej, niż to konieczne.
Joanna Baran: Czy komercyjne pszczelarstwo może współistnieć z dziką przyrodą? Pszczoły sprowadza się z zagranicy, pasieki zajmują coraz większe tereny. Jak to pogodzić?
Łukasz Łuczaj: Nie jestem specjalistą od genetyki pszczół i nie chcę się wypowiadać na temat ras. Natomiast z punktu widzenia ekologii najważniejsze jest, by nie tworzyć kolejnych monokultur i nie wprowadzać gatunków inwazyjnych. Dlatego najważniejsza jest równowaga i różnorodność. To dotyczy zarówno świata zwierząt jak i roślin. Jeśli ktoś zasiewa facelię bez chemii, to i tak istnieje szansa, że pojawią się tam chwasty, a każda różnorodność jest dobra. Problem zaczyna się wtedy, gdy wszystko zamieniamy w jeden typ ekosystemu i w monokultury.
Jeśli chodzi o stawianie uli w pobliżu parków krajobrazowych czy rezerwatów, to kluczowe jest zagęszczenie pszczół. W wielu regionach Polski mamy dziś przepszczelenie związane z ogromną ilością małych pasiek. Duże populacje pszczoły miodnej mogą wypierać dzikie zapylacze, odbierając im bazę pokarmową. Dodatkowo duże zagęszczenie jednego gatunku owadów prowadzi do przenoszenia się chorób po ulach. Z rozmów ze specjalistami od innych grup owadów wiem, że to realny problem.
Joanna Baran: Czy zrównoważone rolnictwo - hodowla zwierząt, pszczół, uprawa roślin - jest możliwe na większą skalę?
Łukasz Łuczaj: W wielu częściach świata to wciąż codzienność. Na przykład w Laosie większość ludzi żyje z tradycyjnego rolnictwa. A miód zbierają z dzikich pszczół. Zaś w górach Chin widuję wiele niewielkich prymitywnych uli na skraju ogrodów czy nawet w lesie. Wszystko zależy od zagęszczenia ludności. W kraju takim jak Polska, o średnim zaludnieniu, to ma sens. Rolnictwo ekologiczne bywa droższe tylko o kilkadziesiąt procent. Jeśli mamy wystarczająco dużo ziemi, możemy uprawiać ją mniej intensywnie, bez oprysków.
To oczywiście kwestia ekonomii i gotowości ludzi do kupowania droższej żywności. Ale widzę, że to działa lokalnie. Właśnie kupuję zboże od kolegi pszczelarza, który uprawia orkisz ekologiczny. Ma ogromne zainteresowanie. Ludzie przyjeżdżają z daleka. Powstaje lista zamówień.
Problemem pozostaje biurokracja. Kontrole, kary, obowiązki - to wszystko skutecznie zniechęca ludzi do małej, lokalnej produkcji. Czasem mam wrażenie, że jeśli ktoś naprawdę chciałby żyć poza systemem, musiałby być bezdomnym. Każda konstruktywna działalność jest dziś obarczona ryzykiem sankcji.
Joanna Baran: Czy brakuje nam odwagi politycznej i społecznej woli, by wprowadzać regulacje sprzyjające bioróżnorodności?
Łukasz Łuczaj: Z regulacjami trzeba bardzo uważać, żeby nie stworzyć piekła przepisów. Ale pewne proste rozwiązania naprawdę by się przydały. Problem w tym, że polska klasa polityczna w gruncie rzeczy nie zna się na przyrodzie. Jeśli już się nią interesuje, to w sposób powierzchowny. Populistyczny. Przyroda jest zwykle na końcu listy priorytetów.
Dobrym przykładem są przepisy dotyczące koszenia autostrad. Wystarczyłoby zmienić je tak, by koszono rzadziej. W Wielkiej Brytanii robi się to raz czy dwa razy w roku i widać różnicę. Nie potrzeba skomplikowanych regulacji – wystarczą mądre, proste decyzje.
Joanna Baran: Na koniec chciałabym zapytać o coś bardziej osobistego. Czy w dzisiejszych czasach w ogóle możliwe jest życie w zgodzie z naturą?
Łukasz Łuczaj: W pewnym sensie nie. Nie możemy naprawdę wrócić do natury, a jednocześnie wszystko, co robimy, jest częścią natury. Zamiast więc walczyć o "naturalność", lepiej dążyć do równowagi. Nie robić niczego w sposób skrajnie intensywny. Napisałem o tym książkę "W dziką stronę". Jeśli już używamy herbicydów, to w minimalnym zakresie. Jeśli coś niszczymy, to równocześnie gdzie indziej coś zostawiamy.
Dla mnie kluczowym słowem jest dziś "różnorodność". Nawet umiarkowane zaburzenia mogą ją tworzyć - to znane w ekologii prawo umiarkowanych zaburzeń. Ale gdy duża ich intensywność staje się normą, różnorodność znika.
Nie wierzę w powrót do dawnego świata, ale wierzę w zachowanie ciągłości. Nie chodzi o to, by wszyscy chodzili w lnianych spodniach, lecz byśmy nie utracili podstawowych umiejętności i wiedzy o świecie, i różnorodności biologicznej. Bo jeśli kiedyś wydarzy się poważny kryzys, możemy się obudzić w rzeczywistości, w której ludzie nie potrafią zrobić niczego własnymi rękami.
BIO
Łukasz Łuczaj, ur. 1972 - profesor zwyczajny, dr hab., wykładowca Uniwersytetu Rzeszowskiego. Etnobotanik, badacz dzikich kuchni wielu krajów i popularyzator dzikich ogrodów. Autor kilku książek - o dzikiej kuchni, dzikim życiu, naturalnych ogrodach i jadalnych owadach. Prowadził badania etnobotaniczne w wielu krajach Eurazji, m.in. Chinach, Laosie, Chorwacji i Gruzji. Swój czas dzieli między swoim dzikim ogrodem na Podkarpaciu i gajem oliwnym w Portugalii.
www.lukaszluczaj.pl
www.thewildfood.org
https://www.youtube.com/channel/UC8L6tls3SHh0f7yCC0FTCNQ
https://www.youtube.com/channel/UCPwwxnLqyPPLrqPl0NUewcA
Liczba wyświetleń artykułu: 334
Komentarze z forum pszczelarskiego
blondynekkrk 2026-02-06 11:50:38












